WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 7

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 7
 
 
Rozdział 7
 
Przed nimi na dużej sofie przykrytej zieloną narzutą siedziała żona Rylskiego. Na ścianie nad jej głową wisiał malowany na szkle wizerunek Matki Boskiej Ludźmierskiej, a obok wyblakła reprodukcja obrazu Jezusa w łodzi przybijającej do brzegu. Wełnianka między grubymi płazami ściemniała miejscami od wilgoci, a gdzieniegdzie zeschła się i skurczyła,  tworząc widoczne szpary z prześwitami do sąsiedniego pokoju. Drewniana podłoga była nierówna, a w miejscach szczególnie uczęszczanych przez domowników lakier wytarł się dawno,  ukazując strukturę sosnowych desek.

Izba pełna była autentycznych góralskich mebli cieszących oko prostotą i solidnością. Oprócz nich stało kilka sprzętów z siermiężnych lat osiemdziesiątych, które tu całkowicie nie pasowały i niszczyły rustykalny urok pokoju. Tak więc cudownie zdobiona kolorowymi, ludowymi motywami skrzynia stała obok pozostałości meblościanki „Tadeusz”, a przy dużym drewnianym stole nakrytym pięknym obrusem w polne kwiaty ustawiono ohydne krzesła, które pamiętały dożynki z ery Gierka.

Rylska, cała w czerni,  siedziała wyprostowana, głowę trzymała wysoko. Zaczerwienione oczy świadczyły o tym, że w ostatnim czasie dużo płakała. Miała około czterdziestu lat, regularne, choć trochę zbyt ostre rysy twarzy, lekko śniadą cerę i blond włosy spięte z tyłu w kok ozdobiony czarna wstążką. Karpiel przyglądając się jej pomyślał, że była uosobieniem tego, co ludzie w Polsce uważali za typowo góralską urodę. Piękną, naturalną i surową.

- Dlaczego panowie tu w ogóle są? Dlaczego ciągle nie mogę pochować męża? Po co ta cała sekcja? - spytała. - Czy sprawa nie jest jasna? Powiedziano mi, że … że się powiesił. Zidentyfikowałam męża.
Niemal słychać było,  jak z trudem połknęła ślinę po wypowiedzeniu tych ostatnich słów.
- To prawda, ale jest kilka spraw, które wymagają wyjaśnienia - powiedział Karpiel najłagodniejszym tonem, jakim mógł. Czuł się bardzo niezręcznie przepytując wdowę.
- To znaczy, co?
- Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby pani powiedziała nam coś o tym, co działo się z mężem w ostatnim czasie. Zachowywał się może dziwnie?
Rylska zaśmiała się sztucznie, a na jej ładnej twarzy pojawił się nieprzyjemny grymas.
- Pan żartuje, on z dnia na dzień zostawił żonę z dzieckiem. Czy to nie wystarczająco dziwne?
Teraz Karpiel poczuł się naprawdę podle.
- Wiem, że to dla pani trudne, ale czy może pani powiedzieć coś więcej?
Kobieta milczała przez chwilę, jakby zbierała myśli.
- Wszystko zaczęło się po wyjeździe do Kanady trzy miesiące temu. Był tam z kilkoma osobami z miasta na zaproszenie Polonii. Janek wrócił stamtąd całkiem odmieniony. Przez kilka dni chodził jak struty. Nie odzywał się, widać było, że coś go gryzie. Nigdy wcześniej coś takiego się nie zdarzało. Był bardzo otwartym człowiekiem, w domu też… zawsze dużo opowiadał, żartował… A tu nagle nic nie mówi, nie odpowiada na pytania. Po jakimś tygodniu ni z tego ni z owego oznajmił mi, że musimy się rozejść… Rozumie pan? Ot tak, po prostu. Kiedy to powiedział,  cały świat mi się zawalił. - Głos wdowy zadrżał wyraźnie. Żeby zapanować nad emocjami zębami zagryzła dolną wargę.
- Powiedział dlaczego?
- Powiedział, że ma kogoś.
- Kobietę? Powiedział, kto to?
- Nie powiedział, a ja nie spytałam.
- Przepraszam za to pytanie, ale nie była pani ciekawa?
- Nie, a wie pan, dlaczego? - podniosła głowę i wyzywająco spojrzała Karpielowi prosto w oczy.
- Jest pan żonaty? - Karpiel zaprzeczył. - Ale na pewno pan słyszał, tak się mówi, że żona zawsze wyczuwa, jak mąż kogoś ma?
Karpiel skinął głową.
- No właśnie. Więc nie spytałam go o tę kobietę, bo jestem pewna, że żadnej kobiety nie było. Rozumiecie? Okłamał mnie. Okłamał mnie w takiej sprawie.
- Jest pani pewna?
- Jestem.
- Czy ma pani jakieś przypuszczenie, dlaczego to zrobił?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem - ukryła twarz w dłoniach. Na serdecznym palcu prawej ręki błysnęły dwie złote obrączki, symbol wdowieństwa.
- Coś się stało, zagubił się. – Rylska podniosła zapłakane oczy na obu policjantów. - Coś strasznego się stało, a ja nie potrafiłam mu pomóc. Uniosłam się honorem, chociaż wiedziałam, że coś jest nie tak. Zostawiłam go samego i stało się… to. O Boże! - Rylska już nawet nie ukrywała, że płacze. - Boże, co ja zrobiłam!
- Czy widywała go pani od czasu… od czasu waszego rozstania?
Kobieta energicznie potrząsnęła głową.
- Nie, ani razu. Nawet własnego syna nie chciał widzieć.
- Jeszcze jedno, czy wiedziała pani, że mąż ubezpieczył się na życie na bardzo dużą sumę? - niespodziewanie zapytał Hermann, który do tej pory stał za plecami Karpiela i milczał rozglądając się z wyraźnym zaciekawieniem po góralskiej izbie.
- Co takiego? Dlaczego miałby to zrobić?
- No właśnie, i dlaczego miałby potem odbierać sobie życie? Doskonale wiedział przecież, że wtedy polisa będzie nieważna – powiedział Karpiel.
Rylska patrzyła na Karpiela wielkimi, zapłakanymi oczami, które wyrażały kompletne zaskoczenie.
„Nie kłamie, naprawdę nie wiedziała” - pomyślał komisarz.

Kiedy wychodzili, spotkali w drzwiach starszą kobietę. Podobieństwo do żony Rylskiego nie pozostawiało żadnej wątpliwości co do tego, z kim mieli do czynienia..
- Szczęść Boże - zagadnął ją Karpiel. - Pani jest matką pani Rylskiej?
- Tak, a wyście kto? - zapytała ostro i spojrzała podejrzl  na policjantów.
- A my z policji. Moglibyśmy chwilę pogadać?
- Co tu duzo godać? Mój zięć nie zyje. Powiesił się, nie? – kobieta złapała się pod boki, a wyraz jej twarzy stał się nagle jeszcze bardziej srogi. Obaj policjanci jak na komendę zrobili krok wstecz. - Ale jedno wom powiem. Jakby on sie nie powiesił, to za to, co on zrobił mojej Helence, to jo by go włosnymi ryncami udusiła. Rozumiecie? Mioł scyńście, ze mój chłop tego nie dozył. Ón to mioł nerwy. Kieby go chycił, to by ino mokro plama po nim łostała. Tak nom córkę skrzywdzić…
- Uspokójcie się, chłop juz nie zyje, po co bedziecie uraze chować. - Karpiel próbował załagodzić wybuch kobiety.
Spojrzała uważnie na młodego policjanta marszcząc brwi.
- Tyś jes nas, nie? Toś powinien zrozumieć. Jak nom Helenka pedziała, ze się za niego wydaje, to my nie byli scyńśliwi. O, nie! Wiycie, my som jest prości ludzie, ale górole. I od pokoleń siedzimy tu, we Witowie. A tu przyjezdzo jakisi redaktor z Warsiawy, niby wielgi pon, sławny podobno i zawraco w głowie dziywcynie. Nom sie ón specjalnie nie widzioł. No i nie nas był. Nie nas i juz! Ale jak się Helenka uparła,  to i postawiła na swoim. On taki straśnie grzecny był, „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam” i takie inne, strasznie mi to na nerwach grało. – Hermann mimowolnie uśmiechnął się obserwując góralkę przedrzeźniającą  zmarłego zięcia.
- Bo my som prości ludzie. Jak jo mom cosi na myśli, to godom i juz. A mój stary to jesce warcej. Na pocątku to śmiać nom sie kciało, bo on nie wiedzioł, co mo wtedy godać. Ale po malućku przywyknon i tyz tak zacon robić. Ślub był góralski i wesele tyz takie jak trza, nie powiem, choć on się po góralsku ubrać nie kcioł. Reśte syćko było po nasemu, ale tego, ze on bez cuchy był… mój mu nigdy tego nie zabocył. Pote zacyno sie jakosi układać. A jak się Stasiu urodził, to my syćka byli tacy scyńśliwi. Tak dobrze było, jaz mu sie po tej Kanadzie w głowie popieprzyło. I ostawiył dziywcyne, tchórz jeden, z dzieckiem i z długami…
- Mieli długi?
- A jako se ty myślis? A za co normalny cłek moze w Zokopanym chałupe postawić, he? Przecie hań teroz ino ludzie ze świata cosi budujom. Ino oni majom dość dudków ii tyn nasom ojcowizne wnet całom wykupiom i zabudujom.
- Ale działka podobno wasza była? - dopytywał się komisarz.
- Eee, ka ta nasa!- kobieta ze złością tupnęła nogą. – Ludziska tak godali, jo wiym, ale to nieprowda. Coby im te jynzyki w gymbak pousychały. My momy parcel, ale tu,  we Witowie, niedaleko. I dalibymy im, ale „pan mąż” sie honorem uniós. Powiedzioł, ze go przecie stać, coby rodzinie byt zapewnić. I wzieni kredyt chyba na jakie sto roków. Dom piękny postawił, to prowda, ale kto to teroz spłaci? Helenka? Z pensji pielęgniarki? Oj, biyde sprowadził na nos, a na koniec sie wypion na cały świat i powiesił. A wceśniej jom jesce zostawił. I tyn nas Stasiu taki biydny, taki kochany. A przecie on za ojcem straśnie był…

- Uff, charakterna kobieta - powiedział Hermann, kiedy pożegnali starą góralkę.- Przez chwilę myślałem, że nam przyłoży. Moja teściowa to przy niej aniołek. Lekko to ten Rylski z nią nie miał. A ja myślałem, że to gadanie o góralach i ceprach to taka legenda pod turystów.
Karpiel odpowiedział wzruszając ramionami:
- Trochę legenda, a trochę prawda. Tacy są tutaj ludzie. Mówią to, co myślą. Niemiłe rzeczy też. Trzeba się przyzwyczaić. Ale, pułkowniku, rozumie pan coś z tego? Bo ja nic a nic. Mąż mówi żonie, że ją zdradza, chociaż jej nie zdradza, a przynajmniej tak myśli żona. Długi ma straszne…Ubezpiecza się na 500 tysięcy i odbiera sobie życie. Coś tu nie gra.
- No, proszę. Wreszcie i pan to widzi. Widocznie w tym toku myślenia jest jakiś błąd. Obstaję przy tym, że Rylski się jednak sam nie zabił. To najprostsze wyjaśnienie.
- Koniecznie musimy dowiedzieć się, co się stało na tym wyjeździe w Kanadzie – powiedział komisarz drapiąc się po głowie.
- A ja myślę jednak, że odpowiedzi na najważniejsze pytania są gdzieś tutaj - podsumował Hermann.

(em)