WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 5

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 5
 
 
Rozdział 5
 
Pojechali do „Nosalowego dworu”. Lokal znajdował się zaledwie kilkaset metrów od domu Rylskiego, prawie dokładnie naprzeciwko kompleksu wyciągów.
- Fajne miejsce - powiedział Hermann rozglądając się po dużej, stylowej restauracji. - Często pan tu bywa?
- Szczerze mówiąc, tylko wtedy, kiedy mnie ktoś zaprosi. Byłem tu raz na weselu znajomego. Widział pan kartę dań? Te ceny? To nie jest lokal, w którym stołują się na co dzień policjanci.
- No, tak, ale jedzenie jest naprawdę dobre. Jak nazywa się ta zupa? - spytał pułkownik wskazując łyżką na stojący przed nim talerz.
- Kwaśnica. To tutejszy specjał.
- Zabawne, moja mama robiła identyczną. Zupa nazywała się kapuśniak, a mama na pewno nie była góralką. Chyba nawet nigdy nie była w górach.
-To skąd pan pochodzi? Z Warszawy? – Karpiel nie był tym zainteresowany, ale poczuł, że właśnie teraz wypada mu to pytanie zadać.
- Z Łodzi.
- Z Łodzi? Nigdy nie byłem w Łodzi.
- Jak wielu ludzi w tym kraju. Ale niech pan żałuje. To wyjątkowe miasto. Inne niż w wszystkie. Nie takie ładne jak Kraków, Wrocław czy Gdańsk, ale na swój sposób niepowtarzalne. Absolutnie niezwykłe. I ma w sobie dużo energii. Myślę, że do takich miast należy przyszłość. No wie pan, „ziemia obiecana”.
- Ziemia obiecana? Jak to?
Hermann zrobił minę, jakby komisarz mu właśnie oświadczył, że nigdy nie słyszał o Sienkiewiczu.
- Był taki film. Nie zna pan? Przecież to klasyk! Niewiele brakowało, a Wajda dostałby za niego Oskara – Hermann był wyraźnie poruszony niewiedzą rozmówcy.
- Wie pan, nie chodzę do kina.
Hermann skrzywił się, jakby słowa komisarza mocno go zniesmaczyły, ale zaraz uśmiechnął się i dorzucił:
- To stary film. Na pewno pan widział. Telewizja pokazywała go już ze sto razy.
- Nie mam telewizora – skłamał Karpiel.
- Hm…To co robi pan po pracy?
- Mam ładną narzeczoną.
Hermann roześmiał się.
- Rozumiem, ja jestem rozwodnikiem i uwielbiam telewizję.
- A co pan tam ogląda? Teatr telewizji?
- Rzadko. Klasykę i bardzo dużo kryminałów.
Teraz Karpiel wybuchnął śmiechem.
- Pan żartuje? Mało panu na co dzień?
- Na co dzień mam brud, syf i moczymordy, które dla paru złotych podrzynają gardło konkubentom. W telewizji oglądam, jak to wygląda w cywilizowanych krajach.
- Jak zabija się kulturalnie konkubenta?
- No, raczej, jak znajduje się zabójcę. Wie pan, jestem wielkim fanem nowoczesnych technologii. Jeszcze się pan przekona. Technika pozwala nam dzisiaj na rzeczy, o których jeszcze przed kilku laty można było tylko marzyć. Sito zrobiło się dużo gęstsze. Kuba Rozpruwacz by się dziś na pewno nie wywinął. Technicy znaleźliby na pewno jakiś włos, kroplę potu, ślad spermy albo nitkę z jedwabnego szala i doszliby, kto to. Może ucierpiałaby na tym literatura i film, ale sprawiedliwość miałby się znacznie lepiej. Coraz szybciej możemy znaleźć i schwytać przestępcę, a to szansa na uratowanie ludzi, potencjalnych ofiar. Dotyczy to zwłaszcza psychopatów i zawodowych zabójców. No i o to przecież chodzi w tej pracy, no nie? Żeby ratować ludzi! Nie łapiemy morderców i gwałcicieli tylko po to, żeby społeczeństwo zaspokoiło swoje instynkty.
- Może to nie instynkty, tylko zwykłe poczucie sprawiedliwości?
- Jak zwał, tak zwał. Ale niech pan spojrzy na to trochę inaczej. Rylski nie żyje, bo nikt wcześniej nie złapał jego zabójcy. A jeśli my tego teraz nie zrobimy, to wkrótce jakiś inny policjant znajdzie zwłoki jakiegoś innego Rylskiego.
- Co pan opowiada, pułkowniku. To i tak się stanie. A Rylski zabił się sam – rzucił Karpiel przez zaciśnięte zęby. Hermannowi znowu udało się wyprowadzić go z równowagi.
- Skoro pan tak myśli, to chyba powinien pan zacząć zastanawiać nad inną robotą. Taką bez odpowiedzialności za ludzkie życie. Żeby nikt przez pana nigdy nie zginął.
- Nikt jeszcze nigdy przeze mnie nie zginął, pułkowniku - obruszył się Karpiel. Zacisnął pięści i oparł je o brzeg stołu.
Hermann zrobił ruch, jakby chciał zdjąć swoje przeciwsłoneczne okulary, ale zawahał się i cofnął rękę.
- Komisarzu, do cholery! Niech pan nie daje się prowokować jak dziecko, tylko zrozumie, co jest w tym wszystkim naprawdę ważne. Śmierć człowieka to niewyobrażalna tragedia. Niewyobrażalna! Najgorsza rzecz, jaka może zdarzyć się na tym świecie! To koniec, absolutny koniec! Nie wierzę w życie po śmierci, więc traktuję te rzeczy bardzo ostatecznie. Nikt przez pana nie zginął? A jest pan pewien, że zrobił pan naprawdę wszystko, żeby nie zabito Rylskiego? Że był pan odpowiednio czujny, że nie przegapił pan wskazówki, sygnału, że zbliża się katastrofa? To pana rewir i pana odpowiedzialność, czy to nie jest oczywiste?
Hermann zamilkł nagle, z wiklinowego koszyka stojącego przed nim wziął grubą kromkę wiejskiego chleba, odłamał kawałek i włożył do ust. Żuł przez chwilę, a potem przełknął głośno i zaczął mówić dalej:
- Dziwi się pan, dlaczego się tak zacietrzewiam? To coś panu opowiem - Hermann rozejrzał się po lokalu, jakby chciał się upewnić, że nikt inny nie będzie mógł usłyszeć tego, co teraz powie.
- Gdy jeszcze pracowałem w Łodzi, zdarzyła mi się taka historia: Latem grzybiarze znaleźli w lesie pod miastem zwłoki trójki dzieciaków. To byli chłopcy, dwanaście, trzynaście lat. Brutalnie ich zgwałcono i zamordowano. Sprawca polał ciała benzyną i podpalił. Żurek smakuję?
Karpiel demonstracyjnie odłożył łyżkę, a Hermann uśmiechnął się złośliwie i mówił dalej:
- Wszyscy byli w szoku, zaczęła się wielka akcja, prasa, telewizja, ludzie wpadli w prawdziwy amok… Sprawa zrobiła się głośna w całej Polsce. Niektórzy mówili, że to sataniści, inni przypomnieli sobie legendę „czarnej wołgi”, która to niby jeździła po kraju i porywała dzieci. Wie pan, jak to jest. Niewiele brakowało, a doszłoby do samosądów. To à propos ludzkiego poczucia sprawiedliwości. Potem okazało się, że było jeszcze dwóch chłopców, zabitych trochę wcześniej. Prowadziłem tę sprawę. I przyznam, że się strasznie przejąłem, bo byłem młody, głupi i narwany, a nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z takim bestialstwem.
Karpiel wpatrywał się w pułkownika, który siedział nonszalancko odchylony do tyłu. Mówił z zaangażowaniem, ale zaskakująco spokojnym, rzeczowym tonem. Opowiadał jak jakiś profesor, który chciał tematem zainteresować swojego studenta i przekonać go do swoich racji. Karpiel pomyślał, że Hermann ma do tego talent. Potrafił zapanować nad tym swoim chropowatym głosem, zawieszając go w odpowiednim momenciei budować napięcie, by po chwili je rozładować, zaspokajając ciekawość słuchacza.
- Zabójcą okazał się nauczyciel ze szkoły, gdzie cała piątka uczyła się– powiedział w końcu . - Prowadził z nimi po lekcjach kółko szachowe. Zwabiał ich do domu, tam wykorzystywał i podrzynał gardła.
Hermann przerwał nagle. Milczał tak długo, że Karpiel pomyślał w końcu, że to cała opowieść, ale właśnie wtedy pułkownik odezwał się znowu:
- To ja go dopadłem.
Znowu chwila ciszy.
- I był taki moment, że stanąłem naprzeciwko tego człowieka i mogłem go zabić, albo nie. Miał tylko nóż, na pewno bym sobie z nim poradził, gdybym chciał go po prostu obezwładnić. No, więc przez sekundę stałem i patrzyłem mu prosto w oczy. Pamiętam to, jakby to było wczoraj. Patrzyłem w oczy bestii. Zaszczutej i zmęczonej ucieczką, ale ciągle żądnej krwi. Pomyślałem wtedy o tych wszystkich biednych dzieciakach, które ten zboczeniec zabił i o tych, które jeszcze może zabić i strzeliłem mu prosto w te ślepia. Rozwaliłem mu łeb, rozumie pan? Dopiero w ostatnim ułamku sekundy, kiedy zrozumiał, że to naprawdę koniec, w jego oczach pojawiło się przerażenie. A wie pan, jaka jest ironia losu? Widziałem potem jeszcze wiele strasznych rzeczy i zabiłem jeszcze kilku ludzi. Ale tylko te oczy świra wracają do mnie w koszmarach. I wie pan, co jeszcze? I tak było warto. I choćby te ślepia miały do mnie wracać co noc, zrobiłbym to jeszcze raz. Słowo! A wie pan, jak sobie radzę? Wymyślam sobie twarze dzieci, chłopców, których ten drań nie zabił, bo nie zdążył. To mógłby na przykład być on – Hermann ruchem głowy wskazał chłopca siedzącego z rodzicami kilka stolików dalej .
Karpiel milczał. Nie próbował nawet ukryć, że zwierzenie Hermanna nim wstrząsnęło. Dopiero po dłuższej chwili zebrał się na odpowiedź:
- Kim pan jest, żeby tak do mnie mówić, co? Nie wolno tak… Że to niby moja odpowiedzialność za śmierć kogokolwiek na moim terenie… Przecież pan doskonale wie, że nie da się wszystkiego przewidzieć. To absurd. To czyste szaleństwo…
- Niech panu będzie, że szaleństwo – przerwał mu pułkownik. - Ale wie pan, że nikt, nikt w Polsce nie załapał w ciągu 20 lat pracy w policji tylu bandziorów, co ja i mój zespół? A wie pan, dlaczego? – Hermann znowu zrobił kolejną dramaturgiczną pauzę, zanim zaczął mówić dalej. Oparł się teraz łokciami o stół, pochylił w stronę komisarza i ściszył głos:
- Są dwa typy policjantów. Jedni z wiekiem są coraz bardziej zgorzkniali, rozbici, leniwi. Zamiast wykorzystać zdobyte doświadczenie, zamykają się w procedurach, barykadują za biurkami ze stosem papierów, obrastają w tłuszcz i stają się bezwolnymi urzędasami zerkającymi co i rusz na kalendarz w oczekiwaniu na emeryturę. Przyjaciołom przy wódce opowiadają, jaką koszmarną mają pracę, a ci ze zrozumieniem i współczuciem klepią ich po plecach. Są pożałowania godni i szczerze nimi pogardzam…
- Rozumiem. A drudzy?
Hermann znowu uczynił ten gest w kierunku swoich okularów i znowu cofnął rękę.
- Ci drudzy to wieczni myśliwi, którzy ciągle pracują na najwyższych obrotach, dla których każdy przypadek to wyzwanie i zagadka, którzy zawsze ścigają się z przestępcą. Zawsze, rozumie pan?
- I pan jest takim policjantem?
- Tak jest. I ciągle mam nadzieję, że pan też się takim okaże, komisarzu Karpiel!
- Ale co to właściwie znaczy? Czego pan ode mnie oczekuje?
- Czego? Podejrzliwości, ciekawości, a jeśli trzeba żądzy zemsty. Żeby pan zamienił swój młodzieńczy idealizm - z którego nikt nic nie ma, no może poza panem, bo pan ma pewnie dobre samopoczucie - na energię do działania. A właśnie na pana liczę szczególnie. Mówi się o was, góralach, ze macie jaja jak nikt inny, że jesteście twardzi, uparci i takie tam. Niech mnie pan przekona, że to nie legendy mieszczuchów z Warszawy, tylko najprawdziwsza prawda.
Hermann mówił teraz głośniej, zdecydowanym, ostrym tonem. Palcem wskazujący prawej ręki uderzył w stół, jakby chciał pokazać Karpielowi coś na obrusie. - To, że na podłodze w domu Rylskiego nie ma widocznych śladów krwi, nie znaczy, że jej tam nie było. I nie musi pan polegać na moim przeczuciu. Wie pan oczywiście, że można to łatwo sprawdzić? Technika potrafi już takie rzeczy. Policja już to potrafi.
Góral machnął zniecierpliwiony ręką.
- Oczywiście, ale to u nas zwykle strasznie długo trwa. I przeważnie taki sprzęt w ogóle nie jest nam potrzebny. My do tej pory nasze moczymordy łapaliśmy tradycyjnymi metodami.
- Komisarzu, jeden telefon i jutro ekipa z Warszawy zjawia się w Zakopanym. To najlepsi fachowcy w Polsce. Jeśli sprawca zostawił tam choćby paproszek, to na pewno go znajdą.
Karpiel milczał przez kilka sekund.
- Powiedział pan pułkowniku, że to ja prowadzę śledztwo, tak?
- Tak powiedziałem.
- To nie będzie żadnych badań. I nie będzie żadnej sekcji. Rylski się zabił. Taką mam teorię. Kropka i koniec. To tyle, jeśli chodzi o mój góralski upór. A pan jest wariat i już.
Karpiel wstrzymał oddech. Był pewny, że Hermann wpadnie teraz w szał i w duchu przygotowywał się na atak, ale zamiast tego po chwili milczenia i wpatrywania się w komisarza, pułkownik odparł zaskakująco pojednawczym tonem:
- Jak pan chce. Ale to nie koniec, zapewniam pana.
Sięgnął ponownie po łyżkę. - Naprawdę świetna ta zupa. Szkoda, że całkiem ostygła przez to nasze gadanie. Co pan poleca na drugie danie? Podobno robi się tu u was fantastyczną jagnięcinę. 

(em)