WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 4

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 4
 
 
ROZDZIAŁ 4
 
Karpiel ostrożnie przejechał przez zatłoczony deptak i zaparkował na parkingu przed hotelem. Wyszedł z samochodu, stanął przed wejściem pod małym, drewnianym daszkiem i zapalił papierosa. Zaciągnął się z lubością. Smak dobrego tytoniu w tym momencie zagłuszył strach przed rakiem. Pomyślał, że za bardzo się przejmuje. Niech będzie, co ma być. Nie miał siły na walkę z nałogiem. Może będzie jednak jednym z tych, którzy dożyją późnej starości mimo paczki dziennie? A może ktoś wbije mu jutro nóż pod żebro i szarpanie się z głupim uzależnieniem nie ma sensu?

Spojrzał spod daszku na ołowiane niebo. Pogoda nadal pod psem. Mimo zaledwie drugiej połowy sierpnia było zimno i padał deszcz, a w górach poprószyło już pewnie śniegiem. Jezu, zaraz znowu przyjdzie szybka zima i nim się człowiek obejrzy, po krótkim, niespełnionym lecie pozostanie mgliste wspomnienie. Poczuł się jak niesprawiedliwie potraktowane dziecko, które nie doczekało się spełnienia obietnicy. Żeby przynajmniej zima była jako taka. Czyli jaka? – spytał sam siebie. Ostra, śnieżna, prawdziwa. Jak ta z dziecięcych wspomnień. Niech zasypie ten świat, niech będzie następną „zimą stulecia” - wszystko lepsze niż taka byle jaka, jak mawia jeden jego znajomy „taka na pół bałwana”. Znowu zerknął na niebo.

Niskie chmury całkowicie przesłoniły Tatry, ale miasto, jakby wbrew aurze, tętniło życiem. Z miejsca, gdzie stał, mógł obserwować, jak Krupówkami w górę i w dół sunął tłum ludzi uzbrojonych w parasole i przeciwdeszczowe płaszcze. Tak to jest w tym dziwnym mieście. Bywało, że podczas całego urlopu wczasowicze w ogóle nie widzieli gór. Za to restauratorzy zacierali ręce. Lokale pękały w szwach pełne turystów zwolnionych z obowiązku zdobywania szczytów, za to szukających rekompensaty za fatalną pogodę i okazji wydania zaplanowanego na urlop budżetu. I chociaż przecież aura prawie co roku sprawiała takiego psikusa, strumień turystów napływających do miasta rósł z sezonu na sezon, wytrącając z rąk argumenty wszelkim malkontentom wieszczącym rychły upadek kurortu. Magia miejsca ciągle jeszcze działała. Ale na czym właściwie polegała? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Chyba nikt nie potrafił.

W tej chwili kilkuosobowa grupa ludzi wyszła z pensjonatu i minęła zamyślonego komisarza. Mężczyzna w długim, ciemnym płaszczu, który jako ostatni przechodził przez duże drzwi, nagle obrócił się na pięcie i stanął przed policjantem.
- Cześć - usłyszał znajomy, ochrypły głos. Zdębiał. Nie poznał Hermanna w pierwszej chwili. Pułkownik miał teraz włosy obcięte na zapałkę, znikły też jego szpakowate wąsy, ale na nosie tkwiły nadal ciemne okulary przeciwsłoneczne.
- Ale ma pan minę! – zaśmiał się Hermann. - Przepraszam za tę maskaradę. Jak powiedziałem, nikt nie powinien wiedzieć, że zajmuję się tą sprawą. Wokół waszej komendy kręci się już teraz stado reporterów. Prędzej czy później ktoś skojarzyłby moją twarz. Po co mamy się przed nimi tłumaczyć.

Karpiel nadal trochę zmieszany, skinął tylko ze zrozumieniem głową. - Jedziemy do domu Rylskiego, a po drodze opowie mi pan wszystko, co wie – powiedział pułkownik. Zanim wsiadł do samochodu on też przez chwilę przyglądał się kolorowemu tłumowi ciągnącemu najbardziej znanym deptakiem w Polsce. Karpiel pomyślał przez chwilę, że usłyszy jakiś komentarz, ale Hermann tylko pokiwał głową.
- Rylski przeniósł się do Zakopanego na początku lat dziewięćdziesiątych – zaczął Karpiel, kiedy siedzieli już w aucie. - Stało się to po jakiejś aferze w Warszawie. Zakładam, że wie pan coś o tym? – Karpiel spojrzał pytająco na Hermanna.
- Jak zaczęła się weryfikacja dawnej milicji i służb specjalnych - odpowiedział po chwili, jakby ociągając się, Hermann - w mediach rozgorzała dyskusja, co z nimi zrobić. Wielu marzyła się generalna czystka, ale nowa policja musiała przecież jakoś funkcjonować. I to od zaraz. Nie mogła się wziąć z powietrza, stąd ta cała weryfikacja. Rylski nigdy nie był radykałem. A to był akurat czas, kiedy skończył się miesiąc miodowy w obozie „Solidarności” i zaczęła się walka na noże między dotychczasowymi działaczami opozycji. Rylski napisał wtedy artykuł w obronie jednego z weryfikowanych milicjantów, który podpadł jego dawnym kolegom z czasów opozycji. No i dostało mu się za to od byłych towarzyszy walki. Mocno oberwał. Naprawdę mocno. Wtedy rzucił to wszystko i opuścił stolicę. Tyle. Wróćmy do tego, co robił w Zakopanem.

Karpiel skinął głową, dając znak, że jest usatysfakcjonowany zwięzłym wyjaśnieniem pułkownika i kontynuował swoje sprawozdanie. - Rylski znalazł pracę w Przeglądzie Tatrzańskim, naszej największej lokalnej gazecie. W 1996 roku został jej naczelnym. Trzeba przyznać, że znacznie podniosło to prestiż gazety. Zaczęła nawet zdobywać jakieś nagrody dla prasy regionalnej, a Rylskiemu udało się chyba zgromadzić wokół siebie całkiem niezły zespół. Oczywiście był tam gwiazdą. I wie pan, co? Tutaj też zaszedł kilku gościom za skórę.

W 1995 ożenił się z Heleną Szydlak, góralką z Witowa. To wieś pod Zakopanem. Pracuje jako pielęgniarka w naszym szpitalu. W 1998 urodził im się syn. Dwa lata temu pobudowali się w Zakopanem, pod Nosalem. Zdaje się, że rodzina żony miała tam jakąś działkę…
- Mówił pan coś o tym, że ostatnio mu się nie wiodło…
- Takie słyszałem plotki. Wie pan, pułkowniku, Zakopane to małe miasto, Rylski był dość znaną osobą, więc… Czasami słyszy się to i owo. Podobno doszło do jakieś awantury w redakcji. Potem odeszła od niego żona. Ale trzeba to będzie potwierdzić, bo jak mówię, to wiem z plotek raczej…
- Sam pan widzi, komisarzu. Jak się zaczynamy przyglądać jakiejś sprawie od razu pojawiają się nowe niewiadome. Niby coś wiadomo, ale tak naprawdę to nic pewnego.

Karpiel nie odpowiedział. Po prawej stronie mijali właśnie stromą górę z wąskim, nagim stokiem biegnącym miedzy dwoma częściami gęstego lasu. Poniżej widać było instalacje kilku wyciągów i zespół drewnianych budynków tworzących narciarski kompleks.
- To Nosal – Karpiel wskazał palcem na górę. - Teraz trochę łyso, ale zimą straszny tu ruch. Pan pierwszy raz w Zakopanem?
- Nie, byłem tu już raz, ale bardzo dawno temu. Chyba się nie liczy – Hermann zrobił minę, jakby się tłumaczył z czegoś wstydliwego.
Karpiel zaparkował na chodniku przed ogrodzeniem z jasnych, surowych desek. Kiedy wysiedli z auta i stanęli przed furtką wyjął z kieszeni pęk kluczy i otworzył zamek.
- Żona Rylskiego nie chciała na razie słyszeć o mieszkaniu tu, więc zatrzymałem klucze – wyjaśnił niepytany. Weszli na podwórko. Do dużego, nowego domu z grubych sosnowych płazów prowadziła żwirowa ścieżka. Piętrowy dom pokryty jasnym, niepomalowanym gontem stał na niewielkiej skarpie, a ścieżka pięła się dość stromo pod górę, jakieś dwadzieścia metrów przez wypielęgnowany trawnik.
Hermann zatrzymał się w połowie drogi do domu i rozejrzał po podwórku.
- Sąsiedzi nic nie widzieli?
- Nic, sprawdzaliśmy. Po obu stronach pensjonaty, a naprzeciwko wypożyczalnia rowerów. Lekarz określił czas zgonu na około pierwszą w nocy. O tej porze już mało kto się kręci po ulicach. A jeśli nawet, to nie tutejsi. Jest środek wakacji. Wszędzie mnóstwo ludzi, zmieniają się co kilka dni. To nie są sąsiedzi, którzy przypilnują domu i nakarmią psa, jak pan wyjedzie na urlop…
- Rylscy mieli psa? - spytał.
- Jakiegoś małego, pokojowego. Ale jak się Rylska wyprowadziła z dzieckiem, to go zabrali ze sobą. Zdaje się, że to był prezent dla chłopaka.

Po schodach wyłożonych naturalnymi, płaskimi kamieniami weszli na ganek, Karpiel sięgnął po następny klucz i otworzył masywne drewniane drzwi.
Weszli do środka. Hermann przeszedł przez niewielki przedpokój i stanął na środku dużego pokoju dziennego. Rozejrzał się.
- Gdzie go znaleźliście?
- Tutaj – odpowiedział Karpiel i wskazał palcem sufit.
- Tu, na tej belce?
- To sosręb. Tak się nazywa taka zdobiona belka pod sufitem w góralskich domach.
- Aha, człowiek całe życie się uczy – powiedział pułkownik przyglądając się uważniej wzorowi wyciętemu w jasnym świerkowym drewnie.
- „Od wszelakich złych przygód racz nas wybawiać” – przeczytał na głos wyżłobiony w drewnie napis. - Zaklęcie nie pomogło - dodał jeszcze.
- To fragment modlitwy - powiedział Karpiel.
- Wiem, byłem kiedyś ministrantem – odburknął Hermann.
- Pan? – Karpiel mimo woli uśmiechnął się głupio, spoglądając na pułkownika.
- Tak, ja. Co się pan tak dziwi? Wszyscy w tym kraju mają podobną historię: niedzielna msza z rodzicami, pierwsza komunia, służenie do mszy… Dopiero potem wszystko się zmienia.
- To znaczy? Co się zmienia? – Karpielowi błysnęła w głowie myśl, że oto znalazł może jakiś słaby punkt pułkownika. Postanowił drążyć dalej. – Rozumiem, pan niewierzący. – Karpiel sam jest zdziwiony, że to powiedział.

Hermann odwrócił się gwałtownie w stronę młodego policjanta. Komisarz pierwszy raz tego dnia pomyślał , że to dobrze, że Hermann nosi te swoje ciemne okulary. Coś się za nimi czaiło, coś, co musiało być bardzo niepokojące.
- Skąd to panu przyszło do głowy?
Karpiel nagle poczuł się zakłopotany.
- Nie wiem, tak jakoś tak wyszło… Odruchowo tak powiedziałem. Dawniej w policji różnie bywało… Komisarz czuł, że brnie w ślepą uliczkę.
Chwila nieznośnego napięcia. Wreszcie cisza pęka i pułkownik bardzo cicho powiedział:
- Niech panu będzie, że ma pan rację. Czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie, po prostu jestem ciekaw. Jak to się stało. Był pan wierzący, a potem naoglądał się pan strasznych rzeczy i zaczął wątpić?
Hermann zareagował dość gwałtownie.
- Wątpić? Nie lubię tego słowa, bo zakłada jakąś moją słabość. A ja tu nie widzę swojej winy. Ma pan rację. Naoglądałem się, jak pan to ujął, i doszedłem do wniosku, że są dwie możliwości: Albo Bóg, skoro pozwala na takie straszne rzeczy, nie jest taki wszechmogący jak niektórzy twierdzą, czyli właściwie nie jest Bogiem, albo rzeczywiście wymyślił taki okropny świat, jakim go znamy, a to znaczy, że kawał z niego sukinsyna. Tak czy inaczej, nie chcę mieć z nim nic wspólnego. I tak jest mi dobrze.
- Strasznie pan sobie to wszystko uprościł, pułkowniku.
Hermann znowu patrzył na belkę z wyrzeźbioną sentencją.
- Bo wiara jest czymś prostym. Każdy wierzy lub nie. I każdy sam podejmuje w tej kwestii decyzję. Wszystko jedno, co wymyślili lub wymyślą najtęższe teologiczne głowy. To wszystko. Jedno pytanie, komisarzu: czy sądzi pan, że Bóg chciał śmierci Rylskiego?
Karpiel parsknął nerwowym śmiechem.
- No wie pan? Bluźni pan chyba, pułkowniku.
- Nie, komisarzu Karpiel, bluźni ten, kto ma Bogu coś za złe i chce go umyślnie obrazić. Ja naprawdę wierzę, że go nie ma. Więc nie mogę bluźnić, bo to tak, jakbym obraził Allacha. Jest dla mnie tak samo nierealny jak bóg chrześcijański. Rozumie pan?

Karpiel nie odpowiedział. Hermann zaczął masować sobie dłonią idealnie ogoloną szczękę, jakby się głęboko zastanawiał nad tym, co sam przed chwilą powiedział.
- No nie wiem, komisarzu. Ale może jest to część jakiegoś większego planu, którego my nie pojmujemy? Może to właśnie uderzenia skrzydeł motyla, które wywoła efekt gdzieś daleko stąd, albo dopiero za sto lat. Może to wszystko zło, którego doświadczamy, ma swoje miejsce w historii zbawienia? Może Bóg to wielki mózg, który przewidział wszystko od pierwszego do ostatniego dnia, każdą sekundę życia każdego człowieka, każdą jego decyzję? Jest przecież nie tylko wszechmocny, ale też wszechwiedzący, nieprawdaż? Więc może Kalwin miał rację twierdząc, że Bóg już dawno ustalił, czy ktoś zostanie zbawiony, czy nie, a nam pozostaje się tylko modlić o to, by to właśnie nam przypadło w udziale zbawienie.
- Ale pan w to też nie wierzy, pułkowniku? Drażni się pan tylko ze mną. Mam rację? Komisarz chętnie spojrzałby teraz w oczy pułkownika, ale zamiast tego zobaczył tylko swoje własne podwójne odbicie w czarnych szkłach okularów Hermanna.
Pułkownik roześmiał się.
- Oczywiście, że w to nie wierzę. Nie mogę wierzyć w to, że nie mam wpływu na to, co robię; że to, czy zamówię w knajpie schabowego, czy kurczaka, czy pójdę na skrzyżowaniu w prawo, czy w lewo, czy powiem tak, albo nie, że to wszystko nie zależy ode mnie.
- Musi pan tak to wszystko komplikować? Nie może pan po prostu uwierzyć? Tak, jak to zrobiło miliony ludzi - odpowiedział Karpiel wpatrzony w belkę z cytatem z modlitwy.
- Więc mózg ma nam służyć tylko do rozwiązywania krzyżówek w gazecie? Wolno nam użyć go, żeby rozbić atom i zabić raka, albo wybudować Bazylikę Świętego Piotra, ale nie wolno zadawać pytań o sens naszego istnienia i o sens istnienia Boga? Teologia została wymyślona dla mędrców i tylko oni są to w stanie pojąć, a maluczcy mają po prostu ślepo wierzyć i już? A jak wątpliwości są zbyt duże, używa się formułki „tajemnica zbawienia” albo „to tylko jeden Bóg wie” i to musi wystarczyć? Tak pan to sobie wyobraża?
- O co tak właściwie panu chodzi? Co to ma wspólnego ze śmiercią Rylskiego? – Karpiel powoli miał dosyć tej dyskusji. Poczuł, że dał się sprowadzić w pułapkę.
- Zło jest złem, komisarzu Karpiel. Tu i teraz. I tu i teraz trzeba je pokonać. A my mamy po to mózgownice, żeby się z tym złem rozprawić.
Karpiel zacisnął zęby. Postanowił nie reagować już na zaczepki pułkownika. Hermann chyba to zrozumiał, bo nagle zmienił temat:
- Czy Rylski zostawił list pożegnalny?
- Nie, ale wie pan, że to o niczym nie świadczy. Nie wszyscy samobójcy piszą listy – wypowiedział formułkę wyuczoną w szkole policyjnej.
- To prawda, ale tym razem należałoby chyba tego oczekiwać. Miał żonę, dziecko… I co? Odszedłby tak bez słowa? Bez „przepraszam”, „żegnam”? Nie dziwi to pana? -
zaśmiał się Hermann niemal upiornie. - Tak, komisarzu, w to też nie wierzę.

Hermann zamilkł nagle. Rozejrzał się po salonie. Pochylił się przyglądając się uważnie drewnianej podłodze pod belką. Karpiel podszedł do niego i też się pochylił.
- Znalazł pan coś?
Hermann pochylił się niżej nad podłogą i przeciągnął wskazującym palcem po lakierowanej desce.
- Sprawdzaliście dokładnie, czy tu czegoś nie ma?
- Ale czego, pułkowniku? Co miałoby być?
- Nie wiem. Cokolwiek. Choćby ślady krwi.
- Ale… Jakiej krwi? Rylski się powiesił. Skąd miałaby się wziąć krew?
- Wierzy pan w przeczucie, w intuicję, komisarzu? Ja mam przeczucie, że to nie jest takie proste, jak pan twierdzi.
Dla Karpiela było tego za dużo. Parsknął śmiechem i odpowiedział nie kryjąc w głosie drwiny:
- Mówi pan poważnie? To brzmi dość niedorzecznie. Przed chwilą próbował mnie pan przekonać, jaki z pana racjonalny ateista, a teraz mam uwierzyć, że dysponuje pan jakimś szóstym zmysłem?
- Po prostu mam przeczucie. Pan go nie miewa? – Hermann wyprostował się i zwrócił w stronę komisarza.
- Pułkowniku – zaczął Karpiel nadal kręcąc z niedowierzaniem głową i siląc się na spokojny, rzeczowy ton – dajmy sobie spokój. Tu nic nie ma, i nie może być. Nie ma tu żadnej krwi. Rylski się powiesił. Po prostu. To się zdarza. U nas częściej niż gdzie indziej. Mówiłem panu…
- Tak, słyszałem, halny - Hermann wszedł mu w słowo. - To znaczy, że nie zrobicie nawet sekcji?
- A na jakiej podstawie, panie pułkowniku? Niech pan poda jakiś powód, choćby poszlakę. Tylko błagam, niech pan nie opowiada, że jakiś wewnętrzny głos coś panu podpowiada i każe mi na tej podstawie wszcząć śledztwo. To śmieszne. Ja naprawdę mam co robić.
- Znajdę coś.
Karpiel nic nie odpowiedział. Teraz był naprawdę wściekły. Od początku obawiał się, że tak właśnie będzie, że Hermann będzie próbował naciągać fakty do swojej teorii. Właśnie zaczęło się to potwierdzać. Przeczucie. Dawno nie słyszał podobnej bzdury. „Co on tu naprawdę robi? Co chce tu załatwić?” - pomyślał zirytowany, a jednocześnie zaniepokojony.

Przeszukali dokładnie cały dom, pokój po pokoju, ale nie znaleźli nic szczególnego. Karpiel prawie nic nie mówił, a na pytania Hermanna odpowiadał rzeczowo i krótko, jakby chciał dać do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli. Najwyraźniej zadziałało, bo gdy ponownie stanęli na drewnianym ganku, pułkownik poczęstował go papierosem i powiedział pojednawczym tonem:
- Widzę, że jest pan poirytowany moją obecnością. Niepotrzebnie, ja naprawdę chcę pomóc. Wie pan, w tej robocie liczą się tylko dwie rzeczy: doświadczenie i intuicja. Doświadczenie i intuicja, rozumie pan? Ja mam je obie. Więc niech kolega nie stroi fochów i zaakceptuje to, że mam tu coś do powiedzenia. I że nie odpuszczę, dopóki nie będę w stu procentach pewien, że to rzeczywiście tylko wasz wredny wiatr doprowadził tego człowieka do śmierci. A teraz jedźmy na obiad do jakiejś przyzwoitej knajpy. W tym cholernym pensjonacie od trzech dni dostaję takie samo nędzne śniadanie. Ja stawiam, ale pan wybiera lokal.

Młody komisarz wypuścił ustami nikotynowy dym i spojrzał nagle na Hermanna. Coś go uderzyło, ale nie mógł sobie uzmysłowić, co. Po prostu pomyślał właśnie w tej chwili, że coś jest nie tak. Kiedy szli przez podwórko do bramy, Karpiel próbował daremnie pochwycić myśl, która pojawiła się na ułamek sekundy. Czuł, że prawie to ma i że to bardzo ważne, ale w tej chwili mu to jeszcze umykało.