WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 3

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 3
 
 
ROZDZIAŁ 3
 
Zdążył zejść po schodach na parter, kiedy znów zapaliło się światło na dole, w salonie. Trzymał już w ręku odbezpieczoną broń. Tak na wszelki wypadek. Zabicie Rylskiego w tym momencie oznaczałoby klęskę. Zlecenie było bardzo precyzyjne. Miał zginąć kiedy indziej i inaczej. Musi zachować zimną krew i spróbować wybrnąć z pułapki, w której się znalazł. A przecież dwa dni wcześniej dzwonił do redakcji Rylskiego podając się za wymyślonego redaktora wymyślonego pisma z Pomorza i pytał o dziennikarza. Ktoś z „Przeglądu Tatrzańskiego” zapewnił go, że naczelny jest poza Zakopanem i nie wróci wcześniej niż jutro. Nie lubił takich niespodzianek, ale wiedział także, że nie wszystko da się przewidzieć. Dlatego zachował spokój.

Przywarł plecami do ściany i ostrożnie wychylił się zza framugi otwartych drzwi do salonu. Rylski stał przed komikiem trzymając w ręku oprawioną fotografię swojej rodziny. Trwało to minutę, może dwie. Potem postawił fotografię na stoliku przy kanapie i zniknął mu z pola widzenia. Usłyszał odgłos otwierania i zamykania lodówki. Rylski wrócił do pokoju trzymając w ręku butelkę wódki.

Dno stawianej flaszki uderzyło dźwięcznie o szklany blat. Usiadł na kanapie naprzeciw ustawionej fotografii. Znowu patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Potem powoli sięgnął po wódkę, odkręcił korek i zaczął pić. Pił zachłannie, ledwie łapiąc oddech i krztusząc się. Po salonie rozszedł się wyraźny zapach alkoholu. Rylski wypił w ciągu kilku chwil całą butelkę. Potem z głębokim westchnieniem opadł na oparcie kanapy.

Alkohol szybko podziałał. Mężczyzna zaczął kiwać się w przód i w tył, uderzając rytmicznie plecami o oparcie kanapy. Bach! Bach! Bach! Dłońmi zasłonił sobie uszy. Szlochał i mamrotał coś. I to ciągłe: Bach! Bach! Bach!... Dopiero po chwili udało mu się wychwycić sens słów: - Helenko… kochanie… wybacz…o Boże…pomóż…pomóż!

Wzdrygnął się. Patrzył na człowieka, który pogrążał się w alkoholowym upojeniu. Wszystko nie trwało dłużej niż piętnaście minut. Zaczekał jeszcze chwilę, a potem wszedł do salonu i stanął nad Rylskim, który coraz mniej wyraźnie bełkotał, leżąc na kanapie. Zrozumiał, że znalazł to, po co przyszedł.