WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 2

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 2
 
 
ROZDZIAŁ 2
 
Komisarz Tomasz Karpiel nacisnął klamkę, pchnął staromodne, dźwiękoszczelne drzwi i wszedł do gabinetu szefa. Komendant stał przy swoim biurku, na powitanie skinął tylko głową i wskazał Karpielowi krzesło. Komisarz od razu poczuł zapach dymu papierosowego. Zdziwił się, bo komendant Derebas znany był ze swego negatywnego nastawienia do palenia w pracy. Tępił to na każdym kroku, czym doprowadzał do rozpaczy i wściekłości całą komendę. - Jak to, policjant bez papierosa? – pytali policjanci. – Gówno mnie obchodzi, że dawniej wolno było palić – odpowiadał komendant. - Teraz nie można.

Był w niezrozumiały sposób nieugięty i w efekcie funkcjonariusze po wyjściu komendy palili jak smoki, próbując bezskutecznie nadrobić deficyty w poziomie nikotyny w organizmie. A teraz ktoś tu najwyraźniej palił. W gabinecie samego komendanta. Derebas spojrzał nad głową Karpiela w kąt swojego gabinetu. - Chciałbym ci kogoś przedstawić – zrobił krótką pauzę. - To pułkownik Hermann z Warszawy, z Komendy Głównej. Zabawi u nas jakiś czas.

Karpiel wstał szybko, odwrócił się w stronę, gdzie spodziewał się zobaczyć gościa i stanął na baczność. W rogu na krześle siedział szczupły mężczyzna w cywilu, z nonszalancko założononą nogą na noge. W jednym ręku trzymał tlącego się papierosa, w drugiej małą, staromodną popielniczkę z przezroczystego szkła. Na oko miał 45 lat, chociaż równie dobrze mógł mieć 50. Trudno było jednoznacznie określić jego wiek, bo z twarzą prawie bez zmarszczek kłóciła się czupryna szpakowatych, prawie białych włosów. Niewielki, dokładnie przystrzyżony wąsik tylko delikatnie przyprószyła siwizną. Pułkownik był ubrany w elegancką, błękitną koszulę w paski i dobrze skrojony jasny garnitur. Nie nosił krawata. Na nogach miał modne, włoskie buty w naturalnym kolorze skóry założone na bosą stopę. Dzień nie był słoneczny, w pokoju naczelnika panował właściwie półmrok, ale mężczyzna nosił duże, ciemne okulary słoneczne.

Prawie nie zareagował na służbowy odruch komisarza. Wypuścił z ust papierosowy dym i rzucił oschle: - Spocznij. Niech pan siada. “Arogant z Warszawy” - pomyślał Karpiel, posłusznie siadając na krześle. “Komenda Główna”, “zabawi u nas na jakiś czas” - słowa komendanta tłukły mu się bezładnie w głowie.
- Pułkownik jest u nas z …, nazwijmy to … misją - kontynuował Derebas. Ma nam pomóc przy pewnej sprawie. Dość delikatnej sprawie.
- Sprawie? - zapytał zdziwiony Karpiel wiercąc się na krześle. Nie bardzo wiedział, czy powinien siedzieć frontem do swojego przełożonego, czy raczej odwrócić się w stronę gościa z Warszawy. W końcu wybrał pozycję pośrednią, ale nadal czuł się jak uczniak na dywaniku u dyrektora.
- No właśnie, w sprawie … - naczelnik zawiesił na chwilę głos, jakby nie mógł z siebie tego wydusić – … w sprawie Rylskiego.
Komisarz nie ukrywał zdziwienia:
- Ale szefie, jaka sprawa, na razie nie ma żadnej sprawy i chyba żadnej nie będzie. Człowiek załamał się i powiesił. Żona go zostawiła, chyba zawodowo mu się nie najlepiej ostatnio wiodło. Jeszcze do tego ten halny…
- Halny? – odezwał się z kąta Hermann. Miał głęboki, lekko ochrypły głos typowy dla ludzi, u których przywiązanie do nikotyny jest większe niż zdrowy rozsądek. – A co to ma do rzeczy?
- Ano czasami ma. – Karpiel zwrócił się jednak bardziej w stronę pułkownika. - Halny to nie tylko wichura, ale i straszny skok ciśnienia. Ci ze słabą głową albo depresyjni nieraz nie wytrzymują. Jak duje, prawie zawsze ktoś się powiesi, albo mu inaczej odbije. Nawet porodówki się wtedy zapełniają.
- Porodówki? Aha, ciekawe. Nie wiedziałem… No, w każdym razie trzeba się temu na wszelki wypadek dokładnie przyjrzeć.

Pułkownik wstał z krzesła, podszedł do biurka i położył na jego skraju popielniczkę z kilkoma przełamanymi niedopałkami cienkich papierosów. Wyglądały trochę jak duży, biały pająk siedzący na kupce popiołu. Karpiel zauważył, że mężczyzna ma wypielęgnowane dłonie z trochę za długimi, ale starannie opiłowanymi paznokciami. “Prawie jak dłonie kobiety” - pomyślał Karpiel. Hermann spojrzał na niego z góry zza swoich ciemnych okularów.
- Był pan tam, prawda?- spytał. - W mieszkaniu Rylskiego? Nic pan nie zauważył? Żadnych śladów przemocy, obecności kogoś, kto mógłby Rylskiemu pomóc?
- Nic – odpowiedział Karpiel i dorzucił pospiesznie: - Nie sądzę, żebym coś przeoczył, znam się na rzeczy, nie robię tego pierwszy raz – w jego głosie dało się wyraźnie wyczuć nutę irytacji. Pułkownik zrobił uspokajający gest swoją damską ręką.
- Spokojnie, komisarzu. Nie mam zamiaru podważać pana kompetencji. Pana szef przedstawił mi pana jako świetnego fachowca. – Hermann spojrzał szybko w kierunku komendanta, jakby szukał potwierdzenia swych słów. – Sam pan dobrze wie, jak to jest: Wchodzi pan do pokoju i widzi wiszącego człowieka. Oczywiście zakłada pan w pierwszej kolejności, że to samobójstwo. Każdy by tak zrobił, zwłaszcza jeśli, jak pan twierdzi, są przesłanki przemawiające za tą wersją zdarzeń. Bezwiednie idziemy wtedy tym tropem, odpuszczając sobie inne. Nie jest tak, komisarzu?
“Nie jest tak, dupku” - wściekł się w duchu Karpiel, ale nic nie powiedział i pozwolił Hermannowi mówić dalej.
- Ale Rylski to kiedyś był nie byle kto. Boimy się, że to może być sprawa polityczna. Co prawda od dawna nie był zaangażowany w bieżącą politykę, ale kiedyś zaszedł paru ludziom za skórę. A niektórzy mają bardzo dobrą pamięć. Trzeba to dokładnie sprawdzić. Zobaczy pan sam, jaki szum zrobi się za chwilę wokół tej sprawy. Ale oczywiście to pan prowadzi dochodzenie. Ja jestem tu nieoficjalnie. Nikt nie może się dowiedzieć, że jestem z Komendy Głównej. Jasne?

“Co on pieprzy?” - Karpiel spojrzał szybko na swojego szefa. Derebas skinął prawie niezauważalnie głową.
- Co mam robić, pułkowniku? – spytał rzeczowo komisarz.
Karpielowi zdawało się, że Hermann odetchnął z ulgą.
- Zaczynamy jeszcze dzisiaj – powiedział. - Mam teraz coś do załatwienia. Proszę przyjechać po mnie o szesnastej do hotelu “Wierch”. Wie pan gdzie to?
Teraz Karpiel skinął na potwierdzenie.
- Niestety, nie mam samochodu, zresztą prawa jazdy też nie - uśmiechnął się pod nosem jakby wiedział, że powiedział coś zabawnego. - W kwestii transportu muszę więc zdać się na pana. Zresztą zapewne w wielu rzeczach będę musiał na panu polegać. Aha, i niech pan przygotuje informacje na temat Rylskiego za okres, od kiedy przeniósł się do Zakopanego. We wcześniejszych historiach grzebać pan nie musi, szkoda czasu, na ten temat wiem wszystko.

Hermann podał Derebasowi rękę, którą ten pospiesznie uścisnął i wyszedł z gabinetu.
Karpielowi wcale się to wszystko nie podobało. Wyglądało na to, że przez kilka następnych dni będzie robił za szofera dla grubej ryby z Warszawy. I niby to on ma prowadzić sprawę, ale był pewien, że Hermann będzie go poszturchiwał i sterował nim zza jego pleców. I na pewno będzie się strasznie mądrował. Ludzie z Warszawy nie mieli w Zakopanem najlepszej opinii. U Karpiela też nie.
- Wiem, co myślisz, mnie się to też nie podoba – powiedział naczelnik, jakby naprawdę czytał w myślach młodego komisarza. - Niestety, nie mogłem odmówić.
“Tłumaczy się? Boże, on się przede mną tłumaczy!” - sam przed sobą nie mógł ukryć zaskoczenia Karpiel.
- Telefon z góry jak za starych dobrych czasów? – zapytał ironicznie.
- Z samej góry. Zresztą nie tylko o to chodzi. Ten Hermann to naprawdę ważna figura. I świetny policjant. Jeden z najlepszych. Jeśli go przysłali, to sprawa musi być poważna.
- Superglina bez prawa jazdy? – Karpiel roześmiał się z nieukrywaną satysfakcją. - Jak on się uchował?
Derebas uśmiechnął się i pogroził komisarzowi palcem.
- Nie lekceważ go. Myślę, że mógłbyś się od niego sporo nauczyć. A z drugiej strony, w tak specyficznym środowisku jak nasze, Hermann nie ma szans, jeśli mu ktoś nie pomoże. Ty jesteś stąd, znasz ludzi i oni cię znają. Mówisz tak jak oni, myślisz tak jak oni… Przydasz mu się. A jak mu się przydasz, to będziesz miał punkty u mnie i u ważnego gliny w stolicy. To jak wygrany los na loterii. Pomyśl o tym.
Karpiel nie chciał o tym myśleć. Podniósł się z krzesła, odmeldował się i ruszył w kierunku drzwi. W progu zatrzymał się jeszcze na chwilę, odwrócił w stronę Derebasa i wskazał ręką na popielniczkę na biurku.
- Szefie, czy to znaczy, że znowu można palić w biurze?
- Tylko spróbuj!- warknął naczelnik siląc się na powagę.

“Bystry ten Karpiel” – pomyślał Derebas po wyjściu podwładnego. Stał przy oknie swego gabinetu i patrzył na góry. Jak zwykle po halnym niebo zaciągnęło się ciężkimi,chmurami i padał deszcz. Giewont ledwie było widać. Nad krzyżem stojącym na górze sławnej w całej Polsce przesuwały się szybko ciemne, niepokojące chmury.
“Bystry ten Karpiel” – powtórzył w myślach. “Może nawet za bystry. Jeśli dochodzenie trochę potrwa albo Hermann zrobi jakiś błąd, młody wpadnie na to, o co w tym wszystkim chodzi. Tylko co wtedy zrobi? Czy okaże się lojalny wobec mnie, czy napisze jakiś raport, który będzie końcem mojej kariery?”.A z drugiej strony nie mógł odmówić Hermannowi, koledze ze studiów w szkole policyjnej, człowiekowi, który nieraz ratował jego skórę i dyskretnie pomagał w karierze.

Nie było żadnego telefonu z góry. Po prostu musiał zaryzykować. Bo jeśli się uda, wtedy może i on stąd się w końcu wyrwie. Jeszcze parę lat temu myślał, że złapał pana Boga za nogi. Bycie komendantem w Komendzie Powiatowej w Zakopanem wydawało się być idealną posadą dla niego. Spokój, piękna okolica i odrobina prestiżu, przy stosunkowo niewielkiej odpowiedzialności. Ale szybko zrozumiał, że Zakopane mimo tego całego blichtru “zimowej stolicy Polski”, to wciąż duża wieś i prowincja. Latem i zimą. Dniem i nocą. Zawsze. Od jakiegoś czasu nie czuł się tu dobrze. Nie zaaklimatyzował się. Patrzył z zazdrością na Karpiela – pewnego siebie, wygadanego i trochę bezczelnego, umiejącego odnaleźć się w każdej sytuacji. Ale Derebas nie był stąd i nie rozumiał tych ludzi. Nie pojmował ich dziwnego poczucia humoru, a czasami dosłownie nie rozumiał, co do niego mówią. Nie pasował tu. Był mieszczuchem z dobrego domu. Nie palił, nie klął, nie znosił czystej wódki i sprośnych dowcipów. Nie miał tu przyjaciół, nie udało mu się założyć rodziny. Nawet nie miał z kim wyskoczyć w sobotę wieczorem na piwo. Czuł się samotny i zaczął się nudzić. Tęsknił za rodzinnym Wrocławiem.

“Tak, warto zaryzykować” – pomyślał jeszcze raz. “Cokolwiek się stanie, będzie lepsze niż to, co jest teraz”. Ale było coś jeszcze, coś, do czego Derebas przed samym sobą niechętnie się przyznawał – w skrytości ducha bał się Hermanna. Panicznie. I to od zawsze. Pamiętał dobrze uczucie, które towarzyszyło mu podczas studiów i całej kariery policjanta, uczucie ulgi, że ma Hermanna po swojej stronie i że jakimś cudownym zrządzeniem losu ten wybrał go na swojego przyjaciela. I za każdym razem, kiedy teraz spotykał Hermanna, coś kłuło go w dołku i niemal drżał z obawy, że nastawienie pułkownika z jakiegoś powodu mogłoby ulec zmianie. Strach przed tym człowiekiem nie wynikał z jakichś złych doświadczeń, był absolutnie irracjonalny, ale i tak Derebas nie mógł się od niego uwolnić. “Na całe szczęście nie zdjął tych swoich okularów” – pomyślał.

Na biurku zadzwonił telefon. Po trzecim sygnale podniósł słuchawkę i usłyszał głos swojej sekretarki: - Panie naczelniku, kapitan Szeliga do pana.
- Niech wejdzie – odrzekł i odłożył słuchawkę.
Poprawił sobie krawat i obciągnął uniform.
Do gabinetu weszła kobieta w mundurze. Miała około 30 lat i była zgrabną, filigranową brunetką z ładną buzią. Kapitan Szeliga była jego odkryciem. Piękna, inteligentna i wygadana, wprost idealnie nadawała się na rzecznika komendy. Wcześniej rzecznikiem był jakiś niemrawy funkcjonariusz, który nie potrafił sklecić dwóch zdań po polsku. Szeligę za to dziennikarze wprost uwielbiali. Była lotna i błyskotliwa. Potrafiła improwizować i zmieniać temat rozmowy. Derebas też ją uwielbiał. I za każdym razem, kiedy wchodziła do jego gabinetu, myślał to samo: “Szkoda, że jest mężatką”.
- No, co tam słychać, Małgosiu?
- Ach, szefie, sądny dzień! Dziennikarze zaczynają zbierać się przed komendą. Nie wiem jak długo zadowolą się moją osobą. Proszę być przygotowanym na to, że pan też będzie musiał się pokazać.
- Rylski?
- Nie, jeszcze nie. Na razie chodzi przede wszystkim o ten straszny wypadek na Zakopiance.
“Boże!” - pomyślał Derebas. – “Znowu bezsensowna śmierć, bo komuś się spieszyło”. Wyszedł zza biurka i podszedł do policjantki. Uderzył go zapach perfum. Prawie zakręciło mu się w głowie. Wzbudzała nie tyle jego pożądanie, co czułość. Miał straszną ochotę pogłaskać ją po policzku, odgarnąć kosmyk włosów opadający jak zwykle niesfornie na czoło, albo przynajmniej dotknąć, niby po przyjacielsku, jej ramienia, ale powstrzymał odruch. “Jeszcze nie dziś” – pomyślał strofując się. “Jutro, jutro spróbuję” I zaraz dodawał: “Ty głupi tchórzu”.
- Co wiemy? – spytał.
- Na razie niewiele. Zderzenie czołowe na prostej za zjazdem do Poronina. Wczoraj wieczorem, około 23.30. Było ślisko, kiepska widoczność, mercedes jechał od strony Zakopanego. Nagle zjechał na drugi pas i zderzył się czołowo z busem, fordem transitem.
- Wyprzedzał? (“Tchórz, ostatni tchórz” -myślał ciągle).
- No właśnie niekoniecznie. Jedyni świadkowie to kierowca i pasażer samochodu, który jechał za mercedesem, niestety, w dość znacznej odległości. Ale obaj są niemal pewni, że nie było tam trzeciego auta.
- To co, alkohol, zasłabł, zasnął?
- Nic jeszcze nie wiadomo. Ale oglądałam raport ogniwa powypadkowego. Mówię panu, koszmar. Trzy osoby w busie na miejscu, jedna w szpitalu. Dwie walczą o życie na intensywnej terapii. Facet z mercedesa totalnie zmasakrowany.
Derebas westchnął głęboko.
- Rozumiem. Chyba rzeczywiście będę musiał wyjść do dziennikarzy. Zapowiedz krótką konferencję prasową na… - Derebas spojrzał na zegarek – ...na szesnastą. Może do tej pory dowiemy się czegoś więcej.
Szeliga zrobiła krok w jego stronę. Gdyby zrobił nieznaczny ruch głową, mógłby musnąć ustami jej włosy.
- Szefie, jest coś więcej. Proszę spojrzeć na to. – Policjantka podała naczelnikowi dużą fotografię i wskazała na coś palcem.
Derebasa w pierwszej chwili zatkało. Potem wybuchnął:
- Rany boskie! Kto był przy wypadku?
- Jasiński.
- Przyślij go do mnie. Natychmiast!
-Tak jest szefie.