WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 16

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział  16
 
 
ROZDZIAŁ 16
 
- Panie, długo będziecie jesce probować? Moze byście juz co kupili?
- Kiedy te oscypki jakieś dziwne. Jedne za słone, inne jakieś mdłe.
- Choć jakie som, panie, coby wom dogodzić. Cobyście se mogli wybrać.
- Ale te oryginalne owcze jakieś strasznie słone.
- A niby jakie majom być z łowcego mlyka? Mlyko słone, to i syr słony. No to co? Bierecie cosi cy nie?
- No, niech się pani nie denerwuje. Pani mi chce coś sprzedać, nie? Nie wie pani, że nasz klient, nasz pan?
- No widzicie, nojgorzej jak klient myśli, ze ś niego jakisi straśnie wielko pon. A wyście to chyba z Warszawy, he?
- A z Warszawy. A skąd pani wie?
- Eee, my tu juz takie rzecy wiymy. To kupujecie, cy nie?
- No to chyba nie.
- No to idźcie z Bogiem i ludzi nie wkurwiojcie.
Karpiel zwinnie wyminął turystę, który zniechęcony postawą gaździny odstąpił od zakupu i zaszedł mu drogę. Uratował się jednak tylko na chwilę, bo zaraz wpadł na małżeństwo z dzieckiem, które prowadząc wózek rozglądało się na prawo i lewo, jakby było tam coś do oglądania poza sklepowymi wystawami. Było to trochę jak slalom narciarski między tyczkami, tylko tutaj tyczki poruszały się i trudno było przewidzieć kierunek tego ruchu.
No bo jak przewidzieć, czy turystę sunącego dostojnie deptakiem skusi w tej sekundzie zapach z jakiejś knajpy, czy też widok dziwaka przebranego za górala zamarłego w wystudiowanej pozie w oczekiwaniu na brzęk pieniążka w naczyniu na bruku? A może nagły skręt w prawo spowoduje kolorowe okno wystawowe, dajmy na to, z futrami z norek lub ostatnimi parami nart z wyprzedaży po poprzednim sezonie?
- Uważaj pan! – ubrany od stóp do głów w gore-tex tatuś warknął na policjanta, który po następnym trudnym manewrze próbował odzyskać równowagę. – Gdzie pan tak gnasz? Tu się spaceruje, nie widzi pan?
Karpiel bąknął pod nosem słowo „przepraszam” i rzeczywiście zwolnił kroku. Rozejrzał się i nagle poczuł bardzo samotny w tym ogromnym, kolorowym tłumie ciągnącym w górę i w dół Krupówek. Przyszło mu do głowy, że może naprawdę jest jedynym człowiekiem, który w tej właśnie chwili nie jest tu na wakacjach i zamiast tak jak reszta „spacerować”, uprawia mozół dnia codziennego. Czuł się trochę, jakby wpadł do rzeki i ta niosła go gdzieś wbrew jego woli. Idąc prawie uniósł się na palcach, by nad głowami turystów poszukać miejsca na brzegu, gdzie mógłby wdrapać się na suchy ląd. Ale bezlitosna rzeka wypluła go dopiero przy podziemnym przejściu na Dolnych Krupówkach.
- Co za głupie miejsce na spotkanie – powiedział Karpiel na powitanie.
Przejście podziemne pod ulicą Nowotarską w Zakopanem budowano ponad rok. Prawie półtora roku mieszkańcy i turyści męczyli się w korkach i objazdach w najbardziej obleganym mieście w Polsce. Długo nikt nie potrafił pojąć, a tym bardziej wytłumaczyć sobie, jak w dwudziestym pierwszym wieku można tak długo budować dziurę w ziemi.
- Co za głupie miejsce na spotkanie – powtórzył Karpiel i uścisnął wypielęgnowaną dłoń Ostrowskiego, wyciągniętą na powitanie,
- Dlaczego? Dobre jak każde inne. W knajpach pełno ludzi, na ulicach też, a tu jeszcze jako tako. Poza tym chciałem w końcu obejrzeć nową atrakcję waszego miasta.
Ostrowski rozejrzał się dookoła i na chwilę zatrzymał wzrok na swoim odbiciu w szklanych drzwiach pustego lokalu do wynajęcia i wprawnym ruchem poprawił sobie fryzurę. Stali przy szarej, nudnej ścianie, wyłożonej dużymi płaskimi kamieniami, do której nie zdążył dorwać się jeszcze żaden nawiedzony kibic graficiarz i zostawić wyrazu uwielbienia dla Wisły Kraków, czy nienawiści do Legii Warszawa. Albo na odwrót.
- Masz coś dla mnie? - spytał Ostrowski zwracając się znowu w stronę Karpiela.
- Obiecałeś, że jak się dowiesz, dasz mi znać.
Komisarz wpatrywał się w twarz byłego partnera rozjaśnioną bezczelnym uśmiechem i nic nie odpowiadał.
- Co jest Karpiel? Odebrało ci mowę? – uśmiech znikł nagle. Ostrowski pochylił się w stronę Karpiela, tak że ten poczuł wyraźnie zapach jego wody po goleniu wymieszany z miętowym aromatem gumy do żucia.
- Słuchaj, to nie jest zwykła sprawa. Chodzi o duże pieniądze. Dla firmy, dla mnie, a jak okażesz się przydatny, to także dla ciebie. Nie przyda ci się parę tysięcy? Co?
Karpiel przeleciał w myślach listę rzeczy i spraw, na które przydałoby mu się kilka tysięcy. Lista była długa, a tysięcy wystarczało na dwie, trzy pierwsze pozycje.
- Nie trafiłeś, kolego - odparł w końcu. – Mam ostatnio kasy jak lodu.
Ostrowski rozłożył zrezygnowany ręce, a potem klepnął się nimi po udach.
- Nic się nie zmieniłeś, wiesz. Głupi byłeś i głupi jesteś. Ale to twoja sprawa.
Znowu pochylił się nad Karpielem. Ten odepchnął go lekko. Miał dość tej gry. Nie była emocjonująca, bo wiedział, do czego prowadzi.
- Przekupstwo się nie udało, kolego. Ale musiałeś przynajmniej wziąć pod uwagę, że tak będzie. To co teraz? Masz na mnie haka? Wal śmiało, stary. Wiesz, że cię lubię.
Ostrowski nie uśmiechnął się tym razem, tylko sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął telefon komórkowy z dużym, dotykowym wyświetlaczem. Chwilę bawił się nim, aż znalazł to, czego szukał. Obrócił telefon w stronę Karpiela i pokazał mu cyfrową fotografię. Komisarz pochylił się nad komórką, żeby przyjrzeć się zdjęciu.
- Pamiętasz, co to jest? – spytał Ostrowski.
Karpiel poczuł, jak nagle krew uderza mu do głowy i chce rozsadzić mu skronie.