WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 6

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 6
 
 
Rozdział 6
 
Kiedy Karpiel wrócił na komendę, na korytarzu przed jego gabinetem ktoś na niego czekał. Komisarz poznał go od razu i wcale się nie ucieszył. Ostrowski. Przystojny blondyn był w wieku Karpiela, ale twarz wiecznego chłopca ujmowała mu lat. Reprezentował typ mężczyzny, za którym przepadają kobiety, chociaż już na pierwszy rzut oka widać było, że nie nadaje się na statecznego ojca rodziny. Ostrowski wyglądał jakby właśnie wyszedł od fryzjera. “Nie od fryzjera, z salonu piękności" - poprawił się w myślach Karpiel. Szczupły i wysportowany, ubrany w ciemny prążkowany garnitur i to nie byle jaki, na pewno dziesięć razy droższy niż ten komisarza. Z daleka pachniał drogą wodą kolońską. W ręku trzymał skórzaną torbę na laptopa. Drugą schował nonszalancko w kieszeni spodni. “Wygląda jak domokrążca, ale taki od złotych zegarków. Ciekawe, co naprawdę chce mi sprzedać?" - zadał sobie pytanie Karpiel.

Pomyślał też o tym, jak sam musi teraz wyglądać, w zmiętej marynarce i nieświeżej koszuli, nieogolony, z przetłuszczonymi włosami. I żeby poprawić sobie nieco humor, przywołał w pamięci wszystko to, co powodowało, że jednak nie chciałby się z tym człowiekiem zamienić na życie. Ostrowski był kiedyś policjantem, tu, w Zakopanem. Pracowali razem, ale współpraca się nie układała. Byli po prostu innymi typami osobowości. Ostrowski szybko dał się poznać jako typ pewny siebie, arogancki i obłudny. W pierwszym kontakcie wydawał się miły i ujmujący, ale prędzej czy później, każdy, kto go bliżej poznawał, przekonywał się, że jest fałszywy i chodzi mu zawsze o własny interes. Poza tym nigdy nie ukrywał, jak bardzo ważne są dla niego pieniądze. Z oczywistych względów nie zagrzał więc długo miejsca w prowincjonalnej komendzie i zwolnił się prawie z dnia na dzień po kilku latach pracy. Karpiel nie miał pojęcia, co się z nim stało i nic go to nie interesowało, poza tym, że naprawdę odetchnął z ulgą, kiedy Ostrowski zniknął z jego życia.

- Cześć, co słychać? - Mężczyzna z rozbrajającym uśmiechem na ustach zagadnął przyjaźnie komisarza. “Gdybym cię nie znał, na pewno bym się dał nabrać” - pomyślał Karpiel, ale uścisnął wyciągniętą na powitanie rękę.
- Co tu robisz? Wracasz do nas?
Celny strzał. Ostrowski dał się sprowokować. Prychnął pogardliwie:
- Żartujesz chyba? Mam dać się postrzelić jakiemuś lumpowi za 1800 na miesiąc?
- No, mógłbyś spróbować nie dać się postrzelić za te same pieniądze. Czysty zysk.
- Dobra, dobra. Jestem tu służbowo. Proszę o pomoc po starej znajomości.
- Ooo, ale to nie jest odzywka służbowa! A ta służba to właściwie, co?
- Pracuję dla firmy ubezpieczeniowej.
- Sorry, kolego, ale nie stać mnie na dodatkowe ubezpieczenie. A jak sam powiedziałeś, mam duże szanse, że przed emeryturą zastrzeli mnie jakiś lump.
Ostrowski znów zrobił obrażoną minę.
- No, nie obrażaj mnie. Nie jestem akwizytorem. Właściwie to pozostałem w branży. Wiesz jak jest, wiele osób chce wykiwać firmy ubezpieczeniowe. Chodzi czasami o ogromne pieniądze. I wtedy zatrudniają kogoś takiego jak ja.
- Rozumiem, słyszałem, że firmy ubezpieczeniowe zatrudniają detektywów, ale co to ma wspólnego ze mną?
- No… ty prowadzisz sprawę, o której ja mam pewną informację. Chętnie się nią podzielę, ale w zamian też chciałbym się czegoś dowiedzieć.
- Dobrze wiesz, jakie są zasady. Nie wolno mi. Zaczekaj na koniec śledztwa.
- Nie chrzań, Karpiel. Ja i tak dowiem się tego, czego chcę. W tej chwili ty potrzebujesz mnie bardziej niż ja ciebie.
Karpiel miał się już żachnąć po raz kolejny, ale tknięty nagłym przeczuciem, powstrzymał się i spytał:
- Powiedz po prostu, o co chodzi.
Ostrowski na szczęście nie dał się długo prosić:
- Słyszałem, że prowadzisz dochodzenie w sprawie śmierci Rylskiego.
- Taak? - Karpielowi trudno było ukryć zaskoczenie.
- No to informacja dla ciebie, kolego, taki bonus przez wzgląd na dawne czasy: Trzy miesiące temu pan Rylski podpisał polisę ubezpieczeniową na życie na bardzo wysoką sumę. Prawie pół miliona złotych. Teraz nie żyje i ktoś, właściwie nie ktoś, tylko po prostu pani Rylska, może dostanie te pieniądze, chyba że pan redaktor był na tyle lekkomyślny, że życie odebrał sobie sam. Wtedy nikt nie dostanie złamanego grosza.

“Poza tobą, bo ty dostaniesz wysoką prowizję za uratowanie dużej kasy dla twojej firmy” – pomyślał komisarz, a na głos spytał nie kryjąc zaskoczenia:
- Rylski miał polisę? I podpisał ją krótko przed śmiercią? Jesteś pewien?
Detektyw rozłożył ręce i zrobił minę, jakby ostatnie pytanie uznał za wyjątkowo bezsensowne.
- Dobra, słuchaj, dzięki za informację. Niestety, na razie nie mogę się zrewanżować, po prostu nic jeszcze nie wiem. Sprawa jest świeża. Dam ci znać, OK? - Karpiel prawie w biegu porwał wizytówkę z wyciągniętej ręki Ostrowskiego i ruszył do swojego gabinetu.
Usiadł za biurkiem, zaklął w duchu i wybrał numer telefonu Hermanna.
- Pułkowniku – powiedział bez wstępów - jak szybko może zjawić się ta pana ekipa z Warszawy?
- Myślę, że mogą być jutro po południu. Ale, co…
- Na sekcję też się zgadzam. Zaraz dzwonię do prokuratora.
- Nie, to ja do niego zadzwonię. Spieszy nam się i nie mamy czasu na zwykłe procedury. Zgoda? Niech mi pan powie, co się stało, że zmienił pan zdanie.
Karpiel pomyślał, że ostatnią rzeczą, na jaką ma teraz ochotę, to przyznanie racji temu pyszałkowi ze stolicy.
- Intuicja i doświadczenie. Może być? – rzucił krótko i rozłączył się, zanim do jego uszu dobiegł śmiech pułkownika.