SYLWETKI

KRZYSZTOF BERBEKA

 
 
 
 
 
Apoloniusz Rajwa
 
KRZYSZTOF BERBEKA
 
Pod Noszakiem w dolinie Qazi Deh w roku 1960. Od lewej H. Sawata, J. Mostowski, K. Berbeka, J. Krajski, S. Kuliński, Z. Rubinowski, Y. Sakato, J. Hirose i Z. Krysa. Fot. Toshiaki Sakai
 
Każdy mógł na niego liczyć: partner, z którym związał się liną, towarzysz wyprawy w góry wysokie, ranny taternik w zerwach Mnicha, kontuzjowany narciarz, grotołaz wiszący na linie w jaskini, zagubiony w górach turysta i młody adept taternictwa...
 
Taki był Krzysztof, który górom poświęcił całe swoje krótkie życie. Dziś niewielu go już pamięta - żona Elżbieta, synowie Maciek i Jacek, rodzina, ratownicy i przewodnicy tatrzańscy starszego pokolenia, grono najbliższych przyjaciół. 

Kiedy Krzysztof zmarł w klinice w Zurichu, po wypadku, jaki miał miejsce w Alpach Walijskich, podczas  zejścia z Dent d`Herens (4171 m), po dokonaniu w siedmioosobowym zespole pierwszego zimowego przejścia tej 1300-metrowej śnieżno-lodowej ściany, Maciek miał dziesięć lat, a Jacek pięć. Po 11 latach małżeństwa Elżbieta została z synami sama. Na jej barki spadło ich wychowanie i wykształcenie. Z pomocą przyszła rodzina, przyjaciele i Klub Wysokogórski, który utworzył Fundusz Krzysztofa Berbeki, wspierający nie tylko rodzinę Krzysztofa, ale także rodziny innych alpinistów, którzy tragicznie zginęli w górach. Elżbieta jest wdzięczna tym wszystkim, którzy przyszli jej wtedy z pomocą i pomogli przeżyć te trudne lata.

Wypadek na Dent d`Hérens 

Wiadomość o śmierci Krzysztofa, która dotarła do Zakopanego 1 kwietnia 1964 roku, wydawała się wprost nieprawdopodobna. Krajowa i zagraniczna prasa donosiła, że po wypadku alpinistów podczas schodzenia z Dent d` Hérens, Krzysztof miał złamaną nogę i niewielkie odmrożenia. Cztery dni oczekiwali w ścianie na pomoc, nim dotarli do nich ratownicy i przetransportowali w dół. Kiedy znaleźli się w szpitalu, wydawało się, że najgorsze już minęło. Byli przecież w bardzo dobrej klinice szwajcarskiej i mieli dobrą opiekę medyczną, a więc jak było to możliwe? Co było powodem śmierci?

Według rozpoznania sekcyjnego, przyczyn było kilka: masywny tłuszczowy zator płuc, mnogie enterokokowe zawały wątroby, śledziony i nerek, odmrożenia II i III stopnia obu stóp. Partnerem Krzysztofa w czasie wspinaczki na północną ścianę Dent d`Herens był Jerzy Hajdukiewicz. Wyjechali z Zakopanego zamierzając dokonać I zimowego przejścia tej ściany. Na miejscu okazało się, że taki sam cel mają również dwa zespoły młodych alpinistów niemieckich i szwajcarskich, postanowili więc wspólnie zaatakować ścianę.

Jej przejście trwało cztery dni i połączone było z trzema biwakami w ścianie i jednym na grani szczytowej, już po przejściu drogi. Wierzchołek osiągnęli późnym wieczorem, dlatego postanowili założyć biwak w jamach śnieżnych w nawisie na grani.

Rano rozpoczęli schodzenie najpierw granią, a potem zachodnią flanką. Pierwsi z asekuracją lotną wyruszyli Hajdukiewicz i Berbeka. Po kilkunastu minutach nastąpił wypadek. W zalodzonym terenie skalnym Krzystof poślizgnął się i porwał stojącego niżej Jurka. Obaj spadli przez kilkumetrowy próg, a następnie stromym stokiem jeszcze około 200 metrów, zatrzymując się na poduszce nawianego śniegu. Krzysztof złamał obie kostki lewego podudzia i prawą kość skokową, a Jurek - żebra i lewą zewnętrzną kostkę.

Chwilę potem obsunął się również Dieter Naef z zespołu szwajcarskiego, ale został utrzymany na linie przez Pierre Monkewitza i Eckharda Grassmanna. Dwójka niemieckich alpinistów, Leo Hercarek i Gerhard Deves, po godzinie dotarła do miejsca, gdzie znajdowali się Berbeka i Hajdukiewicz. Potem doszli również Szwajcarzy. Deves i Naef postanowili pozostać przy rannych Polakach, a pozostała trójka pod kierownictwem Monkewitza ruszyła w dół, by zawiadomić służby ratownicze.

Dopiero następnego dnia rano doszli do schroniska Schönbiel. Pozostała w ścianie czwórka biwakowała w śpiworach, bez żywności i butanu, na wyrąbanej w lodzie półce, oczekując na pomoc aż cztery doby. Najpierw doleciał śmigłowiec ratowniczy. Zrzucił pakunki, w którym były koce i prowiant, a dopiero następnego dnia do rannych doszli ratownicy, którzy rozpoczęli ich transport w dół. Z tej czwórki tylko Deves mógł poruszać się o własnych siłach, pozostałą trójkę trzeba było znosić, gdyż Neaf miał sztywne, przygięte w kolanach, odmrożone nogi. Wieczorem zostali przetransportowani do kliniki w Zurychu.

Dwudziestoletniemu Dieterowi Naefowi po kilku dniach leczenia amputowano oba podudzia, Krzysztof zmarł po tygodniu w klinice, a Jurek - po miesięcznym pobycie w szpitalu, z zaleczonymi odmrożeniami II stopnia obu stóp - powrócił do kraju na początku maja 1964 roku.

Górski życiorys

Krzysztof urodził się 11 kwietnia 1930 roku w Pińsku na Kresach Wschodnich, ale już po czterech latach wraz z rodzicami przeniósł się do Mszany Dolnej, gdzie po kilku latach urodził się jego młodszy brat Ryszard. Uczył się w liceum ogólnokształcącym w Rabce. Tam zaprzyjaźnił się z Jurkiem Klimińskim. To z nim poznawał całe Beskidy i robił pierwsze wypady w Tatry. Po maturze Krzysztof zamieszkał z rodziną w Zakopanem. Dużo wtedy chodził po Tatrach i wspinał się na coraz trudniejszych ścianach. Już w roku 1952 złożył przyrzeczenie ratownicze, a następnie został przyjęty na ratownika zawodowego. Szybko uzyskał uprawnienia przewodnika tatrzańskiego, instruktora taternictwa, narciarstwa i ratownictwa.

Szkolił adeptów taternictwa i ratowników. - Taternicy chętnie wiązali się z nim liną, był cenionym członkiem Klubu Wysokogórskiego - pisze w "Sygnałach z gór" Krystyna Sałyga-Dąbkowska. - Rozsądek, dobra technika wspinania i dar przekazywania wiadomości powodowały, że był wybitnym instruktorem. Młodym adeptom potrafił wpoić solidne podstawy taternictwa. Nieraz wracali do schroniska po wspinaczce zmęczeni i przemoczeni, ale roześmiani i zadowoleni.

Był również jednym z nielicznych ratowników, którzy nie bali się trudnych, pionowych jaskiń. Kilkakrotnie uczestniczył w ich eksploracji. Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku byłem z nim w Jaskini Śnieżnej i dopiero co odkrytej Jaskini Wielkiej Litworowej. To Krzysztof i Zbyszek Szczygielski jako pierwsi zjechali do drugiej studni, tzw. Pięćdziesiątki i odkryli położone niżej partie jaskini. Zarówno w jaskiniach, jak i w czasie wspinaczek powierzchniowych postępował bardzo rozważnie.

Był wytrzymały na trudy, nie załamywał się, był życzliwy dla wszystkich, nigdy też nie odstępował go dobry humor. Coraz większe kwalifikacje górskie predysponowały go do wyjazdów alpejskich i wypraw w góry wysokie.

Już rok 1957 przyniósł mu pierwszy kontakt z Alpami. Był to wyjazd w Alpy Szwajcarskie, zorganizowany przez Zarząd Główny Klubu Wysokogórskiego, którego kierownikiem był Jerzy Hajdukiewicz. Krzysztof wszedł wówczas na dwa czterotysięczniki - Nollen (4105 m) i północną ścianą drogą Reissa na Grossfiescherhorn (4048 m). Potem uczestniczył w międzynarodowej akcji ratunkowej po Emilio Cortiego na północnej ścianie Eigeru.

W następnym roku wyjechał z polskimi alpinistami w Kaukaz, gdzie wszedł na Szczyt Szczurowskiego (4269 m) i północno-zachodnią granią na Ach-Su (3827 m), a następnie w sześcioosobowym zespole dokonał po raz pierwszy w ciągu jednego dnia przejścia północnej ściany Ułłu Tau Czany (4353 m).

- Walory osobiste i dorobek alpinistyczny predysponowały Krzysztofa do uczestnictwa w wyprawach w góry najwyższe - pisał we wspomnieniu pośmiertnym Jerzy Hajdukiewicz. Już w roku 1959 został powołany do składu polskiej ekipy na Dhaulagiri, niezdobytego wówczas ośmiotysięcznika. W związku z tym jeszcze w tym samym roku zorganizowany został wspólnie ze Szwajcarami obóz treningowy w Alpach Pennińskich. Był to pierwszy zimowy wyjazd większej grupy alpinistów polskich w góry lodowcowe. Krzysztof wszedł wówczas z Hajdukiewiczem i Rubinowskim na Dufourspitze (4634 m).

Podjęto również próbę I zimowego wejścia całym zespołem drogą Welzenbacha, wiodącą północną ścianą, na Dent d`Herens, która załamała się na progu wiszącego lodowca. W roku 1960 Krzysztof był uczestnikiem I Polskiej Wyprawy w Hindukusz, której celem było wejście na Noszak (7492 m) i poprawienie dotychczasowego rekordu wysokościowego Polski, wynoszącego 7434 metry, osiagnietego na Nanda Devi East w Himalajach przez Jakuba Bujaka i Janusza Klarnera w lipcu 1939 roku

Wyprawa w Hindukusz odniosła sukces. 27 sierpnia 1960 roku drugiego wejścia na Noszak dokonali: Krzysztof Berbeka, Stanisław Biel, Jerzy Krajski, Stanisław Kuliński, Jan Mostowski, Zbigniew Rubinowski i Stanisław Zierhoffer. Ten nowy rekord Polski przetrwał 11 lat, aż do polskiej wyprawy na Kunyang Chhish (7852 m). W Hindukuszu Krzysztof wszedł również ze Staszkiem Zierhofferem na Rach-e Deraz (5695 m).

W następnym roku ponownie wyjechał w Kaukaz, gdzie dokonał kilku ambitnych wejść sportowych: drugiego przejścia (pierwszego jednodniowego) drogą Abałakowa na północnej ścianie Szczytu Szczurowskiego (4269 m) i północno-wschodnią ścianą Szcheldy Tau (4229 m), drogą przez Rybkę, również pierwszego przejścia jednodniowego. Wszedł także północną granią na Bżeduch (4272 m) i dokonał trawersowania grani Donguz Orun (4452 m).

Z Alp, Kaukazu czy Hindukuszu zawsze chętnie wracał w ukochane Tatry. Szczególnie tury graniowe były jego pasją. Miał w swoim górskim dorobku przejście głównej grani Tatr od Przełęczy Huciańskiej po Przełęcz Zdziarską w towarzystwie Michała Gajewskiego i Ryszarda Wawry. Jako wybitny ratownik ruszał bezwłocznie na pomoc taternikom, gdy dochodziło do wypadku, nawet na najtrudniejszych ścianach wspinaczkowych.

Krzysztof był pierwszym, który zjeżdżał zerwami północno-wschodniej ściany Mnicha, wschodnią ścianą Pośredniego Mięguszowieckiego Szczytu i z Przełęczy Mięguszowieckiej pod Chłopkiem. Zwoził też na plecach rannego grotołaza od otworu Jaskini Ptasiej do Wielkiej Świstówki. W ciągu 12 lat pracy ratowniczej uczestniczył w 171 wyprawach ratunkowych, w tym kilkudziesięcioma kierował, zwiózł także wielu kontuzjowanych narciarzy. Był aktywnym i ofiarnym ratownikiem, gotowym do niesienia pomocy o każdej porze dnia i roku, a przy tym człowiekiem bardzo skromnym.

Ostatnią górską drogą Krzysztofa było pierwsze zimowe wejście północną ścianą na Dent d`Herens w marcu 1964 roku w siedmioosobowym zespole. Ze wspinaczki tej do domu już nie powrócił.

FUNDUSZ IM. KRZYSZTOFA BERBEKI

OD REDAKCJI
Wspomnienie Apoloniusza Rajwy o Krzysztofie Berbece ukazało się w Tygodniku Podhalańskim..

(em)