ROZMOWY

Wyszliśmy razem - umieramy razem?

 
 
 
 
 
Z MACIEJEM PAWLIKOWSKIM rozmawia Janusz Kurczab
 
WSPINANIE.PL, 13 maja 2013
 
Wyszliśmy razem - umieramy razem?
 
Maciej Pawlikowski podczas zimowej wyprawy na Everest. Fot. Bogdan Jankowski
 
Od sukcesu i tragedii zimowej wyprawy na Broad Peaku minęły już dwa miesiące. Czas nieco tylko uciszył spory i dyskusje, odżywają one jednak przy różnych okazjach.
 
Podczas różnych prelekcji, przeglądów filmów, powołania przez PZA komisji do sprawy zbadania okoliczności śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego, czy też w związku z organizowaną wyprawą, mającą na celu odnalezienie i pochowanie ciał zmarłych alpinistów.

Zwróciliśmy się do Macieja Pawlikowskiego (rocznik1951), zakopiańczyka - jednego z najwybitniejszych i najbardziej doświadczonych polskich alpinistów, zawodowego ratownika TOPR i przewodnika IVBV, z prośbą o wypowiedzenie się na tematy nurtujące nasze środowisko w związku z niedawną tragedią.

Janusz Kurczab: Jeśli dobrze obliczyłem, brałeś udział w siedmiu zimowych wyprawach na ośmiotysięczne szczyty, w tym na Everest i dwukrotnie na K2. Do Ciebie należy pierwsze zimowe wejście na Cho Oyu (8201 m), wysoko dotarłeś również na Evereście i Manaslu. Jakbyś scharakteryzował różnicę między działalnością, umownie nazwijmy ją letnią, a wspinaniem zimą na najwyższe szczyty? Mam tu na myśli przede wszystkim najwyższe partie szczytów.

Maciej Pawlikowski: Dziękuję Januszu, dobrze policzyłeś. Byłem jeszcze na zimowych wyprawach na Nanga Parbat i Makalu. Moje pierwsze spotkanie z Himalajami miało miejsce w sezonie przedmonsunowym tj. wiosną 1979 roku. Nepal był wówczas słoneczny, kwitnący, a ludzie nadzwyczaj przyjaźni, i to wtedy moje serce zostało w Himalajach. Postanowiłem tam wracać jak najczęściej.

Warunki klimatyczne wysoko w górach do działalności tzw. letniej (przed i po monsunie) są względnie przyjazne, temperatury umiarkowane, dni ciepłe, a nawet upalne, noce chłodne i krótkie okresy załamań pogody. Latem znane są przypadki wejść na ośmiotysięczniki tylko w koszulkach z krótkim rękawem. Dotyczy to także warunków w Karakorum gdzie jest jeden wydłużony sezon letni. Jeśli jest raj na ziemi to właśnie tam przez większość roku, ale nie w zimie.

Kiedy pół roku później w grudniu 1979 przyjechaliśmy na zimowy Everest, już w Katmandu zaczęliśmy odczuwać dolegliwości zimy: krótsze chłodne dni, a noce i poranki wilgotne, zimno-mgliste. Ruszając karawaną do bazy było coraz gorzej tzn. chłodniej. W zimowych bazach himalajskich nie ma bieżącej wody w potoku, każda kropla wody to pozyskana bryła lodu i duży wydatek energii (nafty). A w górnych obozach jest tylko to, co wspinacze sami sobie przyniosą z bazy. Powyżej 4000 m wszechobecny mróz i wiatr utrudniają każdą czynność, wyczerpują organizm i zniechęcają do wszystkiego. W tych warunkach trzeba się wspinać, ustawiać namioty i znosić coraz większą wysokość.

Typowy dla sezonu zimowego jest dokuczliwy silny wiatr, wraz z wysokością nasilający się, na długie okresy przechodzący w huragan. Temperatura w namiocie prawie taka sama jak na zewnątrz. Nieustanne łopotanie płótna namiotu utrudniające wypoczynek. W tych warunkach proces zamiany lodu i śniegu na menażkę letniej wody trwa godzinami. Para z oddechów i parującej wody zamienia się w szron osadzający się na wszystkim. Mróz, wiatr, bezsenność, ból głowy. i tak do rana. Wszystkie te problemy narastają w partiach szczytowych. To tylko mała część przyjemności zimowych.

Ciężkie warunki bytowania nawet w bazie głównej wyprawy zimowej, nie mówiąc już o pracy między obozami wysokościowymi, sprawiają, że ze składu wyprawy wykrusza się część uczestników, czy to z powodu odmrożeń, czy też różnych chorób. Czy Twoim zdaniem skład wyprawy zimowej powinien być odpowiednio liczny, czy też wolałbyś działać w niewielkim wyselekcjonowanym zespole, ewentualnie wzmocnionym lokalnymi tragarzami wysokościowymi?

Wszystkie wyprawy zimowe, w których brałem udział, były dosyć liczne, przeważnie od 10 do 20 ludzi, i po miesiącu działania przeważnie 2/3 uczestników na skutek chorób i ciężkiej pracy na wysokości wykruszało się. Uważam, że wyprawy zimowe powinny być dosyć liczne, bo to pokazała praktyka. Tylko na zimowym Evereście mieliśmy 4 tragarzy, którzy częściowo działali do wys. 6400 m. I tylko jeden spróbował pójść wyżej. Zatrudnianie miejscowych tragarzy wysokościowych, tzw. HAP-sów, jest półśrodkiem i mnie się nie podoba. Dla większości tubylczych HAP-sów to ciężka praca i najlepiej czują się w otoczeniu bazy lub kawałek powyżej - nie mają motywacji do działania na dużej wysokości i ponoszenia ryzyka związanego z wysokością i zimową wspinaczką.

W himalaizmie ostatnich lat wspomaganie się tlenem z butli, nawet na najwyższych szczytach, uważane jest za niesportowe. Niektórzy przykładają tu podobną miarkę jak w sporcie wyczynowym, uważając dodatkowy tlen za rodzaj dopingu. A jednak bez tlenu na wysokie ośmiotysięczniki może "bezkarnie" wchodzić wciąż tylko wybrana garstka najlepszych, o specjalnych predyspozycjach. Dla pozostałej rzeszy naśladownictwo jest związane z ogromnym gwałtem dla organizmu i bardzo groźne. A co dopiero w ekstremalnych warunkach himalajskiej zimy. Jaki jest Twój stosunek do używania tlenu podczas wypraw zimowych?

Już pod koniec lat 70. używanie tlenu na ośmiotysięcznikach było postrzegane jako niestylowe, ale ciągle wiele wypraw stosowało się tzw. wspomaganie tlenowe. Nasi lekarze wyprawowi pilnowali napełnienia butli w kraju i czuwali nad ich sprawnością w górach. Po rozpoczęciu akcji górskiej zawsze dochodziło do dyskusji, kiedy i ile sprzętu tlenowego transportować w ścianę.

Podczas siedmiu wypraw przedmonsunowych i pomonsunowych zdobywaliśmy wielkie dziewicze ściany i najważniejszy był transport sprzętu wspinaczkowego na tzw. przodek. To były długie tygodnie oblegania trudnych ścian i przez ten czas dobrze się aklimatyzowaliśmy. Sprzęt tlenowy w bazie kilka razy bardzo był pomocny przy schorzeniach uczestników oraz przy chorobach aklimatyzacyjnych odwiedzających bazę turystów/ trekkersów.

Podobnie działo się na wyprawach zimowych. Jedyny znany mi przypadek, kiedy koledzy programowo użyli tlenu w drodze na szczyt, to pierwsze zimowe wejście na Everest w lutym 1980 roku. Sprzęt tlenowy był wtedy drogi, trudno dostępny, ciężki, niepraktyczny i zawodny. Ówczesny sprzęt tlenowy w magazynach PZA na przełomie lat 70. i 80. w większości pochodził z tzw. odzysku tj. znalezionych pustych butli w różnych górach świata, które mozolnie ściągano do kraju. Po napełnieniu takie butle ponownie jechały na wyprawy, ale był to tzw. tlen medyczny trzymany w bazie i czasem parę butli wnoszono do obozu pierwszego. Do wyższych obozów nikt się nie fatygował z butlami, gdyż zawsze było wiele innego, cennego i pilnego sprzętu do transportu istotnego do zdobycia góry. Ani ja, ani moi partnerzy nigdy sprzętu tlenowego nie używaliśmy. Od trzydziestu lat używanie tlenu na ośmiotysięcznikach jest uznawane za niesportowe, także zimą. Obecny "kosmiczny" ekwipunek daje wiele innych sposobów na osłonę organizmu himalaisty.

Tragiczny finał ostatniej wyprawy na Broad Peak wzbudził potężny ferment w świecie alpinistycznym i nie tylko. Przypominano dawny etos alpinizmu, gdy dwójka wspinaczy jest związana liną na śmierć i życie, a także cytowano słowa jednego z uznanych autorytetów, Andrzeja Wilczkowskiego: Wyszliśmy razem - wracamy razem ("Taterniczek" Nr 25. Kraków, wrzesień 1981 r.). Tak się złożyło, że zostały one użyte w odniesieniu do tragedii wyprawy wrocławskiej, jaka rozegrała się na tym samym szczycie przed prawie 38 laty.

Najnowsza historia himalaizmu wskazuje, że zasady wskazane przez Wilczkowskiego są nagminnie łamane. Na atak szczytowy wychodzi się bez liny, alpiniści posuwają się swoim tempem, nie oglądając się na towarzyszy. Niebagatelne znaczenie ma fakt, że często uczestnicy różnych wypraw, nierzadko komercyjnych, nie znając się wspinają się obok siebie. W razie niedyspozycji, udzielenie pomocy w partiach podszczytowych staje się problematyczne, czy wręcz niemożliwe. Obecnie takie postępowanie staje się normą.

WIĘCEJ

(em)