ROZMOWY

Minister Jagiełło ucieka w góry

 
 
 
 
 
Z MICHAŁEM JAGIEŁŁĄ rozmawia Paweł Smoleński
 
Wysokie Obcasy, 14 lipca
 
Minister Jagiełło ucieka w góry
 
25 maja, Dworzec Tatrzański - promocja 9. wydania "Wołania w górach". Fot. Regina Watycha
 
Michał Jagiełło - rocznik 1941, taternik, alpinista, ratownik górski, były naczelnik Grupy Tatrzańskiej GOPR. Polonista po Uniwersytecie Jagiellońskim, pisarz, poeta, eseista. Były wieloletni minister kultury i dyrektor Biblioteki Narodowej
 
Jesteś kojarzony z Tatrami i z Zakopanem jak mało kto. Ale kiedy był ten pierwszy raz, gdy tam przyjechałeś?

Dotarłem tam dopiero w końcówce liceum, w październiku 1958 r., pojechałem na wycieczkę prowadzoną przez polonistę prof. Jana Tuczyńskiego. Przyjaźnił się z Marusią Kasprowiczową, żoną poety Jana Kasprowicza. Wziął mnie ''na Harendę'' - jak mówi się w Zakopanem - czyli do willi, gdzie mieszkał Kasprowicz, i tak poznałem panią Marię. I kiedy zjechałem w Tatry kolejny raz, miałem się o co zaczepić.

W czasach studenckich jeździłem bardzo często. Mieszkałem w pokoju z Leszkiem Długoszem, poetą i pieśniarzem, związanym później z Piwnicą pod Baranami. Długosz i Jagiełło - zestaw jak z historii średniowiecza. Ale rytm dnia mieliśmy różny. Ja budziłem się o 5 rano i z Januszem Śmiałkiem, moim pierwszym partnerem od wspinania, świetnym matematykiem i ratownikiem Tatrzańskiej Grupy GOPR (zginął w Tatrach kilkanaście lat temu, najpewniej poślizgnął się podczas pełnienia dyżuru patrolowego), jechaliśmy na Krzemionki i niczym małpy w gaju wisieliśmy na tych kilkunastometrowych ściankach. O 9 byłem już na zajęciach, po wspinaniu, a Leszek jeszcze spał.

W Krakowie działałem w klubie górskim. Z ramienia sekcji tatrzańskiej opiekowałem się studenckimi wycieczkami. Byłem już po wielu wyprawach, zdałem egzaminy u państwa Zofii i Witolda Paryskich, zdobyłem uprawnienia przewodnika. Mam 21 lat i prowadzę 20-osobową grupę dziewczyn i chłopaków z plecakami, mamy bazę na polanie Huciska, nasze namioty stoją koło Murowańca na hali Gąsienicowej albo koło schroniska w Roztoce

Dzisiaj niewyobrażalne, żeby tak w Tatrach rozbijać namioty.

Tak, ale wspólne dla przewodników ówczesnych i obecnych winno być jedno: nie wdawać się w romanse, bo rozwali się grupa. A my musieliśmy być odpowiedzialni i musiano nam ufać. Łaziliśmy najczęściej przez Zawrat, żeby dostać się z bazy do bazy. Wtedy nawiązałem kontakty z młodzieżą góralską, ratownikami GOPR. Przyjeżdżali na ogniska i gadaliśmy. Udało nam się przekonać starszyznę zarządu Grupy Tatrzańskiej GOPR, żeby otworzyli Pogotowie na ludzi z zewnątrz, takich jak ja. Po raz pierwszy w historii dla studentów krakowskich zorganizowano kurs ratowniczy. Mieszkaliśmy w schronisku na Hali Kondratowej i ćwiczyliśmy zjazdy w szelkach Grammingera na ścianie na początku grani Długiego Giewontu.

Pierwszy raz moje szelki sprawdzał Krzysztof Berbeka, ratownik, wspinacz, uczestnik wypraw w Alpy, Hindukusz, Kaukaz (zmarł w 1964 r. w wyniku obrażeń odniesionych podczas zejścia łatwą drogą z alpejskiego Dent d'Hérens). Rozmawialiśmy na ławeczce w Kuźnicach. Pan Krzysztof zapytał: ''Zdaje mi się, że twoim marzeniem jest ratowanie ludzi w górach?''. Powiedziałem, że tak. On na to: ''No i chcesz się ostro wspinać''. Ja na to: ''Tak''. ''A wiesz - mówi Berbeka - że to się momentami nie składa. Żeby zaistnieć w alpinizmie, musisz podkosić, zaryzykować. Jako ratownik musisz iść na 300 procent bezpieczeństwa, bo co po tobie na Świnicy, gdy dojdziesz na ostatnim oddechu i to ciebie będzie znosić jakaś pani w szpilkach''.

Któregoś dnia dowiedziałem się, że GOPR chce utworzyć stanowisko ''profilaktyka'', czyli faceta od statystyk i analiz wypadków oraz rzecznika prasowego. Dostałem tę posadę, choć nie byłem wtedy zaprzysiężonym ratownikiem i studiowałem, ale rektor się zgodził i zamieszkałem na Skibówkach.


Miałeś szansę bywać w pustych jeszcze Tatrach?

Nie były puste, przyciągały wielu ludzi. Poznałem Jana Strzeleckiego, powstańca warszawskiego, socjalistę, socjologa, eseistę i taternika. Juliusza Żuławskiego, poetę i prezesa Pen Clubu, bo też się wspinał. Wojtka Adamieckiego, dziennikarkę Małgosię Szejnert; dyrygenta Witolda Rowickiego, wspinacza. Daniela Olbrychskiego, Janka Nowickiego, Krzysztofa Zanussiego, bo kręcili jakieś filmy, Andrzeja Ziemilskiego - socjologa, taternika, narciarza. Andrzej pierwszy badał, jak wygląda ruch turystyczny. Wyszło mu, tak samo jak wychodzi dzisiaj, że turystyka masowa to Dolina Kościeliska i Morskie Oko.

Im wyżej w góry, tym wyższe wykształcenie ludzi i szersze horyzonty. To potwierdza się tylko w Tatrach. W Austrii czy w Szwajcarii już nie. Zakopane było inne. Po Trzech Królach i wczesną jesienią Tatry pustoszały. W październiku jest najczęściej świetna pogoda, a turystów mało. Nawet zakopiańskie knajpy były puste. Czasami odwiedzałem Kmicica, Giewont, którego już nie ma, w Szarotce można było spotkać Józka Krzeptowskiego, legendarnego kuriera i wielkiego trzpiota. Ale na kawiarniano-koktajlowym Zakopanem nie znam się zupełnie.

Pracowałem w liceum artystycznym Antoniego Kenara, rzeźbiarza i taternika. Dom Haliny Micińskiej-Kenarowej był niemalże moim siedliskiem rodzinnym. To było ważne miejsce dla zakopiańskiej i polskiej kultury. Bywali tam Leszek Kołakowski, Jan Błoński, Tadeusz Różewicz. I nie było to jedyne takie miejsce.

Razem z żoną Hanią błąkaliśmy się od jednego wynajmowanego pokoju do następnego. Ale zdarzyło się i tak, że opiekowaliśmy się willą Gniazdko (ponad hotelem Kasprowy, którego jeszcze nie było) należącą do Witolda Dudziaka, znanego architekta. Pomieszkiwała tam razem z nami śmietanka alpinistów: Wojtek Wróż, Tadek Piotrowski, Andrzej Czok i inni. Wielu z nich zginęło w górach.

Ciebie też to ledwie ominęło.

Nie w Tatrach. W Kaukazie załamanie pogody zatrzymało nas w ścianie na siedem dni i nocy, w tym pięć bez jedzenia i wody. Razem z Jerzym Milewskim walczyliśmy o życie.

Ominął cię też gwałtowny rozwój Zakopanego.

Wyprowadziłem się w 1975 r. Teraz to 40-tys. miasto. Olcza, Cyrhla, Kościelisko są dzielnicami Zakopanego, a były osobnymi wsiami. Zatrzymuję się na Bystrem, u przyjaciół - Teresy i Adama Marasków. To prawie środek miasta, ale u nich jeszcze cisza(...)

WIECEJ


(em)