ROZMOWY

MARIUSZ KOPERSKI: Lubię książki z tajemnicą

 
 
 
 
 
Z MARIUSZEM KOPERSKIM rozmawia Ewa Matuszewska
 
MARIUSZ KOPERSKI: Lubię książki z tajemnicą
 
Fot. Maciej Koperski
 
Autorzy dedykują swe książki żonom, mężom, dzieciom, przyjaciołom, mentorom i tak dalej. Ty swą debiutancką powieść kryminalną dedykujesz miastu – Zakopanemu. Zakopane jest zbiorowiskiem bardzo różnych ludzi. Takich, których lubisz i szanujesz, ale też takich, wobec których nie żywisz najcieplejszych uczuć.
 
Nie jestem pewien, czy „Śmierć samobójcy” dedykuję ludziom. Dla mnie Zakopane to coś więcej. Traktuję Zakopane, przynajmniej w tej sytuacji, jako pewną atmosferę, pewien klimat. I pewne doświadczenie. Choć w tym zawiera się także doświadczenie spotkania z ludźmi. Ale widzę to wszystko w sposób bardziej złożony. Przede wszystkim jako pewne napięcie, które panuje w tym mieście. Dedykuję tę książkę Zakopanemu, co też jest pewnie nieco aroganckie, zwłaszcza w przypadku debiutanta – ale „Śmierć samobójcy” nie powstałaby bez Zakopanego, bez mojego życia w nim. Pewnie powstałaby inna książka, o jakimś innym miejscu, ale na pewno nie byłaby taka. Zakopane poprzez napięcie, które tu panuje, jest wyjątkowe i bardzo inspirujace.

Jak byś określił to napięcie, z czego ono wynika?

Jak każde napięcie – z różnic. Tu jest ich dużo więcej niż gdziekolwiek indziej. Do typowych różnic, na przykład spojrzenia na kierunki rozwoju miasta, opcji politycznej, światopoglądu, dochodzi jeszcze jedna…Najważniejszą różnicą jest tu według mnie sposób postrzegania tożsamości…

A co za tym idzie, różnica w postrzeganiu przyszłości miasta.

Tożsamość jest spojrzeniem w przeszłość, które implikuje przyszłość. Na pewno dodatkowym napięciem jest to, o czym wszyscy myślą, a unika się tego tematu. Czyli – że są jacyś tutejsi i nietutejsi. Jak również ci, którzy są pomiędzy, czyli są na drodze, by stać się tutejszymi.

Ale nie staną się góralami. Poza tym mnie się wydaje, że nie chodzi o góralszczyznę. Nie wszyscy tutejsi definiują się jako górale. To jest jakby podpodział wśród tutejszych - są górale, mieszkają tu od lat, są zakopiańczycy, którzy nie są góralami…

No tak, podział tutejszej społeczności jest wielopłaszczyznowy i wielowątkowy. To też wszystko komplikuje. Tak jest i nie myślę, że to jest coś złego, ale według mnie jest to ważny problem tego miasta. Czasami trochę zamiatany pod dywan ze względu na poprawność - żeby nikogo nie urazić. Ale za plecami się o tym mówi, to jest jakieś kryterium oceny. Jest to temat zarówno dla tych, którzy na jakimś etapie swego życia tu dotarli i tu żyją rok, dziesięć, piętnaście lat albo od któregoś pokolenia, jak i dla tych, którzy czują się tu u siebie i uważają, że mają nieco większe prawa do tego miejsca niż inni.

Pytanie najbanalniejsze z banalnych – dlaczego napisałeś tę książkę?

Odpowiedź też pewnie jest banalna – czułem taką potrzebę. Zawsze za mną chodziło pisanie, pisałem różne teksty, od kiedy pamietam, ale po raz pierwszy coś skończyłem. Pierwszy raz pojawiła się myśl o książce – od pierwszego do ostatniego zdania. Wcześniej zawsze coś zaczynałem, ale nigdy tego nie skończyłem, no, może poza jakimiś drobnymi opowiadaniami. Sam byłem zaskoczony, że w głowie pojawił się pomysł na książkę od początku do końca, ze wszystkimi jej etapami, pierwsze i ostatnie zdanie. Pomyślałem, że to jakiś znak, że warto przelać to na papier. Poza tym od czasu studiow uważam się za literaturoznawcę, może nie wielkiego, ale jednak z pasją. Moją najważniejszą praca, nawet jako nauczyciela, to była praca z tekstem literackim.

Pomogło to ci w pisaniu?

Oczywiście, że pomogło. To była też pewnego rodzaju autorefleksja – jeśli pracuje się nad tekstami wielkich, największych pisarzy, rozkłada ich teksty na czynniki pierwsze, stawia pytania studentom, dyskutuje się z nimi, podgląda się warsztat pisarski, to w pewnym momencie pojawia się coś w rodzaju pychy, wyzwania - czy nie mógłbym też spróbować. Kiedy już zebrałem trochę doświadczeń, jeśli chodzi o warsztat, sposób traktowania tekstu, pomysłu na formę – pomyślałem, że w jakimś stopniu jestem gotów, by zmierzyć się z własnym tekstem. Narodził się pomysł na opowiedzenie konkretnej historii, więc napisałem ją. W międzyczasie pojawiały się nowe wątki, nowe postaci, zabawne drobiazgi – to były takie błyskotki. Całą historię od początku do końca znałem, co w przypadku kryminału jest oczywiste. No i miałem pierwsze zdanie… Wiesz, kiedyś jeden z wykładowców na uczelni wbijał nam do głowy, że pierwszych kilka zdań decyduje o tym, czy ktoś czyta dalej, czy nie. Mam spis ulubionych książek, w których pierwsze zdanie jest tak fascynujące, że nie pozwala na odłożenie książki.

A jakie znaczenie ma tytuł? To on wydaje się najbardziej nośny, skłaniający czytelnika do sięgnięcia po tę właśnie książkę
.

Tytuł zmienił się, początkowo był tylko „Samobójca”, uznałem jednak, że jest do przesady banalny i oklepany, zaś „Śmierć samobójcy” jest tytułem z pewnym zakrętasem, jakimś paradoksem…Lubię takie rzeczy – intrygujące, zagadkowe, ironiczne. Pewnego dnia raz jeszcze spojrzałem na pierwotny tytuł i uznałem, że zmiana na „Śmierć samobójcy” jest bliższa tej historii i wprowadza dodatkowy znak zapytania.

Na końcu „Śmierci samobójcy” podałeś datę i miejsce powstania książki. Chciałeś uniknąć dywagacji, że miałeś czas na jej napisanie po 30 listopada 2014, kiedy przestałeś być zastępcą burmistrza, bo zmieniła się ekipa w Urzędzie Miasta Zakopane?

Książka powstała kilka lat temu, kiedy pracowałem jeszcze w szkole. Do dziś zastanawiam się, jak znalazłem na to wtedy czas. Stąd ta data. Ale nie ukrywam także, że chciałem w ten sposób zaznaczyć, że nie zawarłem w niej doświadczeń z kilku ostatnich lat i że to jest moja dawniejsza perspektywa oglądu tego miasta. W kilku miejscach się zmieniła, ale wtedy taka właśnie była. Gdybym ją zaczął zmieniać, poprawiać – powstałaby całkiem inna książka. Więc niczego nie zmieniałem, ale zaznaczyłem datę – 2008 rok. To też wyjaśnia kilka historii, kilka dat w samej książce. Nie jest to zbyt odległa rzeczywistość, ale siedem lat różnicy jednak coś zmienia. Dla miasta i dla mnie też...

Czyli po tych siedmiu latach zmieniło się twoje postrzeganie Zakopanego? Jeśli tak, to na lepsze, czy na gorsze? Praca w samorządzie pozwoliła ci na lepsze poznanie zasad funkcjonowania miasta?

Na pewno byłaby to inna książka, gdybym dziś ją pisał.

To napisz.

Może…Dziś uważam, że w Zakopanem wszystko jest o wiele bardziej skomplikowane i złożone niż wydawało się przedtem. Tak to zwykle jest, to truizm i banał, ale to dość ważne i prawdziwe: z zewnątrz wszystko wydaje się prostsze. Kiedy się znajdziesz w brzuchu wieloryba, dopiero wtedy widać jak ta cała maszyneria wygląda. Czy się zmieniło moje spojrzenie na miasto jako takie? Nie chyba nie. To, co najważniejsze – pozostało. Czyli fascynacja tą złożonością, skomplikowanymi relacjami. Zresztą poza wątkiem, intrygą kryminalną to jest w tej książce najważniejsze: skomplikowane relacje międzyludzkie. Mogę porównać je z tymi, które znam z kilku innych miejsc, gdzie mieszkałem. Tutaj stopień komplikacji jest o wiele wyższy…

Poprzez pracę w samorządzie poznałem, nie liczyłem wprawdzie, ale myslę, że około kilkuset nowych, ważnych osób w tym mieście. Ważnych nie dlatego, że pełniły jakieś funkcje, ważnych bo wnosili coś w życie naszego miasta. Każda z nich ma swoje spojrzenie na to miejsce – to podniosło do potęgi moje wrażenie, że jest to niewiarygodnie interesujące miasto, że jest tyle różnych poglądów na to, jak powinno wyglądać, jak powinno funkcjonować, jak powinni tu funkcjonować ludzie, co jest ważne, co nie jest ważne… To wielkie bogactwo, choć komplikuje nam życie…

Ostatnio coraz częściej uświadamiam sobie, że ceną, jaką płacę za bliskość Tatr, jest właśnie Zakopane. Można kochać Zakopane, ale z pewnością jest to trudna miłość. Jest to miasto, które może inspirować twórczo, pobudzać wyobraźnię, w którym spotyka się fantastycznych ludzi. A z drugiej strony czasem odnoszę wrażenie, że żyję na prowincji, że tu nigdy nic się nie zmieni. Czytając „Bagno” Stanisława Witkiewicza, mogę tylko zmienić nazwiska głównych antagonistów i pomniejszych bohaterów drugiego planu, zaś problemy, konflikty, animozje – są takie same.

W języku niemieckim jest takie fantastyczne słowo, którego na przykład używał Heinrich Heine w odniesieniu do Niemiec, do swojej ojczyzny, którą bardzo kochał, a która go odtrąciła i skazała na wygnanie. To jest absolutny walor języka niemieckiego, że potrafi łączyć przeciwieństwa w jedno słowo. To połączenie nienawiści i miłości – Hassliebe. I do takich miejsc szczególnych ma się zwykle takie właśnie ambiwalentne uczucia, do których to niemieckie słowo bardzo dobrze pasuje.

W moim przypadku nie nazwałbym tego „ceną”, bo oznaczałoby to tylko, że życie w tym mieście bardzo dużo mnie kosztuje. To nieprawda. Zaakceptowałem w pewnym sensie złożoność tego miejsca…Ja jednak ciągle, mimo to, że każdego dnia dzieją się rzeczy, które temu zaprzeczają, jestem cywilizacyjnym optymistą. Wierzę w to, że następuje rozwój i akceptuję fakt, że zachodzi to bardzo powoli. To jest kropla, która drąży kamień. Może to naiwność, ale chciałbym tak myśleć. Zakopane też się zmienia – czasami krok do przodu, dwa do tyłu…

Zmienia się na lepsze?

Nie wiem, czy na lepsze. Może za pięć lat okaże się, że w efekcie to wszystko spowodowało dobre zmiany, a może jednak zmierzamy do katastrofy. Wolę wierzyć w to, że następują pozytywne zmiany, że coś dobrego z tego będzie, bo inaczej wypadałoby się spakować i poszukać innego miejsca na świecie dla siebie, żeby w miarę normalnie żyć.

Są jeszcze takie miejsca na świecie?

To prawda, obszary spokoju i szczęścia w ostatnim czasie skurczyły się i nie ma gdzie jechać z bagażami. Trzeba więc zostać tu, gdzie się jest – wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. To następny banał, ale też prawdziwy.

Mogłeś napisać romans, powieść obyczajową, fantastykę, fantasy, science fiction, dokument. Zakopane dostarcza sporo materiału do każdego z tych gatunków literackich. Czemu wybrałeś kryminał?

Po pierwsze dlatego, że uwielbiam kryminały, a w momencie, kiedy pisałem tę książkę – jak każdy ulegam pewnym modom czy fascynacjom – wtedy miałem wyjątkowy ciąg na kryminały… Choć kryminały były dla mnie zawsze bardzo ważne. Jednymi z pierwszych książek, jakie czytałem poza lekturami i klasyką, którą pochłaniałem z młodzieńczego snobizmu, to były kryminały podbierane z biblioteczki mojej mamy.

A co cię zafascynowało w kryminałach? W tym wieku chyba nie zastanawiałeś się nad ich precyzyjną konstrukcją czy sprawnością warsztatową autora?


Oczywiście że wtedy najbardziej interesowały mnie tajemnice…

Ale większość książek ma w sobie jakąś tajemnicę.

Tak, ale kryminał ma z definicji tajemnicę wpisaną w swą konstrukcję. Jest czymś oczywistym, że kryminał jest tajemnicą. Nie wiem, czy można powiedzieć, że wcześniej nie intrygowała mnie konstrukcja, pewnie wtedy nad tym nie zastanawiałem się, nie miałem wiedzy na ten temat, natomiast podświadomie czy emocjonalnie też na to reagowałem…Czy książka podoba się czy nie, czy kryminał podoba się, czy nie – to też jest kwestia konstrukcji, języka. Dobry kryminał musi być dobrze skonstruowany, szkielet może być mniej lub bardziej klasyczny, ale pomysł na konstrukcję to podstawa. Kiedy myślę o tym jak powstawała ta książka – teraz sobie próbuję to przypomnieć, to jednak było parę dobrych lat temu – to był czas, kiedy zabłysnął na przykład Marek Krajewski swoimi książkami o starym Wrocławiu, które mnie absolutnie zafascynowały. Pomyślałem, że ja mieszkam w takim miejscu, które jest gotowym tworzywem.

Skoro on napisał takie niesamowite książki o Wrocławiu, czytając je, jest się w tym miejscu, w tym czasie... Ja zresztą bardzo lubię Wrocław – jest to jedno z moich ulubionych miast w Polsce. Więc poczułem ogromną pokusę, by to samo zrobić z Zakopanem. Tutaj powstaje mnóstwo ciekawych książek, ale to głownie literatura faktu, a mnie dokument wtedy specjalnie nie interesował. Bardziej mnie interesowały moje własne historie. Wymyślone. Pod tym względem jestem trochę leniwy i niecierpliwy, gdy pomyślę, że miałbym ślęczeć po bibliotekach, wertować książki, szukać materiałów - tak jak zrobił to Krajewski, który wykonał niewiarygodna pracę dokumentacyjną, by przygotować się do tych książek. Mnie to nigdy nie interesowało, chciałem tylko napisać ciekawą historię. Tylko tyle.

Można tej książce zarzucić pewne rzeczy, chyba nawet sporo – nie zagłębiałem się w pewne aspekty, którymi tu ludzie się zajmują, które są dla nich ważne. Ale wchodzenie w fakty, w historię tego miejsca…Dla mnie, jeśli o tym piszę, są to impresje…To moje wrażenia, odczucia, jeśli w książce pojawiają się jakieś fakty, robione jest to bardzo powierzchownie, świadomie zresztą. Tutaj jest sporo ludzi, którzy się na tym znają, piszą świetne książki o Zakopanem, mają ku temu odpowiedni warsztat i ogromną wiedzę. Mnie to nigdy nie interesowało, znam siebie, ja bym się znudził, bo nie o to mi chodzi w pisaniu książek. Chciałem napisać ciekawą historię. Wymyśliłem ją, opisałem - mam nadzieję, że rzeczywiście jest ciekawa. To wszystko.

Jest dwóch głównych bohaterów – tutejszy, góral z pochodzenia i przyjezdny z Warszawy. Kiedy doszłam do opisu Hermanna, a właściwie jego białych oczu, zapytałam cię o „Złego”. W jakiej mierze powieść Leopolda Tyrmanda wpłynęła na postać Hermanna?

Do końca nie wiem, czy to jest dobrze, czy źle, czy to nie jest trochę kiczowate – że we własnej książce, tak wyraźnie pokazuje się to, sprzedaje, co w danym momencie się lubi, co fascynuje. Sama forma – po pierwsze kryminał, po drugie… Zresztą tam się pojawiają inne rzeczy…

Pojawiają się książki, które lubisz, autorzy, muzyka, no i motocykl…

Powtarzam, nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Osoby, które dobrze mnie znają i czytały tekst, zwracały na to uwagę – jest to tak oczywiste, że aż głupie, pisanie o tym, co akurat mnie fascynuje… Ale, to też jest banał, autor zawsze trochę sprzedaje siebie.

A kogo miałby „sprzedawać”? Jeśli kogoś innego, rozpoznawalnego, to będzie miał awanturę.

Właśnie, dlatego otwarcie piszę o moich własnych fascynacjach. Przyznaję, że akurat w tym czasie czytałem „Złego”, odkryłem go dla siebie. To jest pewien wstyd, ale dotyczy on zapewne nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi, którym w ręce wpadają książki, które powinny być dużo wcześniej przeczytane, a z jakiegoś, przeważnie głupiego powodu tak się nie stało. Zupełnym przypadkiem wziąłem tę książkę do ręki i byłem oczarowany. Potem słuchałem audiobooka czytanego przez Marka Kondrata – niesamowita książka, świetnie skonstruowana, bardzo zabawna, bardzo obrazowa. Trafiła znakomicie w mój nastrój, w moje gusta…Ten bohater, na poły Superman, jakaś namiastka super bohatera…

Czy sądzisz, że czytelnicy tutejsi będą doszukiwali się w twoich bohaterach autentycznych postaci, na przykład w Zdunie?

Tego nie wiem. Chciałem pokazać pewne postawy, które dostrzegam w tym mieście. I tak należy odczytywać wszystkie postacie, są one wyobrażeniem istniejących ludzkich typów. To jest zapewne zawsze ryzyko, że tworzy się jakiś szablon, coś nierealnego i sztucznego, bo niestety, typy takie są. Chciałem pokazać różnorodność takich nastawień – do Zakopanego, do tożsamości, do tego, jak ludzie próbują znaleźć sposób na życie w tym mieście. I Zdun jest taką postacią. To, że w Zakopanem są ludzie, którzy mają pieniądze i stać ich na wszystko, jest oczywiste. To nie musi być nic złego, taki człowiek nie musi być zaraz przestępcą. Są ludzie, którzy doszli do bogactwa uczciwą drogą i mogą powiedzieć, że na wszystko ich stać i koniec. A że w kryminale musi być czarny charakter, to akurat padło na Zduna.

Ale również Herman nie jest taką jednoznacznie pozytywną postacią. Prowadzisz tę postać poprzez różne meandry… Sprytnie konstruujesz narrację, czytelnik jest nieraz przekonany, że Herman w Zakopanem zaciera jakieś ślady, a nie prowadzi śledztwa mającego wyjaśnić śmierć Rylskiego. Karpiel wydaje się mniej skomplikowaną osobowością, nieco dziecinny, naiwny, przy tym narwany.

Taki właśnie miał być. To jest młody człowiek, który dopiero uczy się, a że jest zdolny i otwarty, tak przynajmniej sobie go wyobrażam…

Ale Karpiel zostaję przez ciebie przeniesiony do Warszawy. Nie wykorzysta swoich zdolności i tego, czego nauczył się przy Hermanie, dla dobra swojego rodzinnego miasta. Jest w sensie zawodowym za dobry na Zakopane?

Nie, jest ambitny i ciekawy świata. Musimy pogodzić się z tym, że Zakopane nie jest pępkiem świata. Zakopane jest jednak pod niektórymi względami prowincją i jeżeli chce się czegoś więcej, to…Można tu żyć, oczywiście, niektórzy marzą o tym. Ale powiedzmy sobie szczerze, Zakopane leży gdzieś na rubieżach, jest na pewno wyjątkowe, ale w skali prowincji…

Jednak Zakopane prowincją w dosłownym tego słowa znaczeniu nie jest.

Oczywiście, że nie jest. Porównując kilkanaście polskich miast tej wielkości z Zakopanem, widać że Zakopane jest jednak wyjątkowe. A w różnych zestawieniach pojawia się obok dużych, znaczących miast. Jednak nie zapominajmy, że jest to miasto, które ciągle w tle ma wieś. I to niekoniecznie musi być coś złego. Ale Zakopane jest ciągle na drodze między wsią a miastem. Ambicje są miejskie, ale doświadczenia mają często charakter ludowy, wiejski, pasterski. I to też czyni to miejsce fascynującym. Nie dziwmy się jednak, że ci, którzy są tutaj, chcą przynajmniej spróbować, jak jest gdzieś tam, w wielkim świecie. Nie traktuję tego jako ucieczki, tylko jako przejaw ciekawości świata. To na pewno jest projekcja mojego spojrzenia na świat…
No właśnie, często mówisz, że czujesz się obywatelem Europy, że mieszkasz tutaj, ale równie dobrze mógłbyś mieszkać w Szwajcarii czy w Niemczech. Nie ukrywasz swojej fascynacji kulturą niemiecką, otwartością tego społeczeństwa. Zestawiając to z obyczajowością polską, zwłaszcza wiejską, można nabawić się kompleksów.

Pamiętać jednak należy o tym, że Niemcy to nie tylko Berlin, Frankfurt czy Monachium. Są również inne klimaty…Jakieś małe miasteczka, wioski…To też są Niemcy… Wydaje mi się to naturalne, jestem filologiem germańskim, nie tylko przez to, że pięć lat studiowałem język. Potraktowałem to bardzo poważnie…To były też moje pierwsze doświadczenia z inną kulturą…Okres początku lat 90. Nagle, będąc studentem germanistyki, praktycznie od razu mogłem wyjechać do Niemiec Zachodnich czy do Szwajcarii, poznać te kraje, poznać ludzi. Żelazna kurtyna jeszcze przed chwilą odgradzała nas od tego świata i nagle zniknęła.

Poznałem tam wielu ludzi, do dziś mam w Niemczech przyjaciół…Więc to jest coś zupełnie naturalnego – połączenie doświadczeń zawodowych czy wykształcenia z prywatnymi doświadczeniami czy emocjami. To naprawdę są fascynujące miejsca…Oczywiście myślę, że mógłbym mieszkać w innym mieście – przez parę tygodni byłem w Berlinie, uważam że jest to cudowne miasto, przynajmniej takie było kilka lat temu. Ciekawi mnie Europa, trochę ją poznałem i uważam, że powinniśmy doceniać to, że jesteśmy Europejczykami, bo to fascynujący kontynent i niewiarygodne dziedzictwo…My pielęgnujemy nasze dziedzictwo, jest ono dla nas ważne, powinniśmy je jednak traktować jako część europejskiego, nie da się tego oddzielić…

Czy odróżniasz takie pojęcie jak „miejsce w którym mógłbym mieszkać” i „miejsce w którym mógłbym żyć”?

Tak, odróżniam. Chciałbym jeszcze zobaczyć mnóstwo miejsc, mam w głowię jakąś mapę miejsc, w których mógłbym mieszkać przez jakiś czas. Ale nie jest powiedziane, że chciałbym tam żyć na stałe, bo życie gdzieś oznacza jakąś ciągłość, „zakorzenienie się”…Jest jeszcze tyle miejsc w Europie, które z pewnością są ciekawe i fascynujące, zresztą mam taką wadę, a może to zaleta, sam już nie wiem, że łatwo fascynuję się różnymi rzeczami. I miejscami też.

Ludźmi też?

Ludźmi też…Jeśli chodzi o miasta, złapałem się na tym, że gdy ktoś mówi, że gdzieś był, ja dopowiadam: O, to moje ulubione miasto! I tak mam już sporo tych ulubionych miast…Ale nie jestem na tyle naiwny, by nie wiedzieć, że gdyby przyszło mi żyć w którymś z nich, to okazałoby się zaraz, że jest zupełnie inaczej. Trudniej…

Wróćmy do książki. Zanim została opublikowana w tradycyjnej postaci, kolejne rozdziały ukazywały się w naszym portalu. Jakie były pierwsze reakcje czytelników? Jak została przyjęta przez znajomych?

Raczej dobrze, nie spotkałem nikogo, kto powiedziałby wprost, że mu się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Ale staram się do tego podchodzić chłodno – pierwsza ocena książki wśród znajomych to nie jest obiektywny test. Ale to ważny moment. Pierwszy duży wiatr w żagle… Bez tego trudno uczynić następny krok. Ale zupełnie inaczej jest, kiedy książka trafia w ręce czytelnika, który mnie nie zna… Tu zaczynają się schody.

Jak myślisz, czy czytelnicy wiedzący kim byłeś, będą się doszukiwali jakichś podtekstów politycznych, uznając że jest to książka „z kluczem”? Czy oczekują tego?

Może tak, ale na pewno nie jest to książka „z kluczem”. Zwłaszcza że powstała w 2008 roku, więc jaki to miałby być wówczas klucz? Jest oczywiste, że pisarze piszą najpierw o sobie, większość tych postaci pojawiających się w książce, to są, przynajmniej w jakimś stopniu , ludzie którzy żyją, niekoniecznie tu, ale których poznałem i na nich jakoś się wzorowałem. Myślę czysto pragmatycznie – po co stwarzać typ, kiedy ma się w zanadrzu kogoś już „gotowego”? Drugi aspekt sprawy – to z pewnością jest bardziej przekonujące i prawdziwe niż tworzenie skomplikowanej konstrukcji w głowie, składającej się z cech paru osób. Postacie tracą wtedy na wiarygodności…Oczywiście nigdy nie poznałem płatnego zabójcy, jego postać to klisza wzięta z literatury kryminalnej…

Oczywiście znasz film „Dzień Szakala”?

Oczywiście, kto go nie zna? Zresztą fascynacje filmowe też się pojawiają…
W tej książce chyba nie sprzedałeś się do końca? Bo podobno prawie każdy człowiek, nawet średnio inteligentny, o jakimś zasobie wiedzy, jest w stanie napisać przynajmniej jedną książkę w życiu. Jedną już napisałeś, co dalej?
Będzie druga część…

Komisarz Karpiel będzie bohaterem serii?

Niemcy mówią, że wszystkie dobre rzeczy są trzy…

A Rosjanie: „Boh trojcu lubit”.

- Trylogia ma dobre tradycje w literaturze. Zastanawiałem się nad tym, jednak po namyśle doszedłem do wniosku, że w tym przypadku wystarczą dwie książki o komisarzu Karpielu.

Ale nie możesz teraz z góry założyć, że nie wrócisz do Karpiela i Hermanna. Zdarza się, że książka pociąga za sobą kolejną, mimo oporów autora.

No tak, ciagle zastanawiam się, czy Rowling pisząc Harry’ego Pottera wiedziała, że powstanie tyle tomów. Zresztą przyglądając się innym pisarzom, można zauważyć że formuła trylogii ciągle gdzieś się plącze.

Mając jednego bohatera masz nieco ułatwione zadanie – już go znasz, jego postawy, jego reakcje… Stwarzasz tylko nowe sytuacje, dodajesz mu nowych partnerów (i partnerki!)

Akurat specyfika Zakopanego jest według mnie taka… Tu rządzi klimat. Akcja „Śmierci samobójcy” dzieje się latem, druga część powinna być zimowa…

Zostaje ci jeszcze lato i jesień.

Na razie są dwie i niech tak zostanie.

A co z wątkiem warszawskim? Pojawi się w drugiej książce?


Nie jest on bardzo ważny, poza tym ja nie znam Warszawy, nigdy nie podejmę się pisania o tym mieście.

Jednak rzuciłeś Karpiela do stolicy.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by wrócił do Zakopanego. Choćby na wakacje. Albo na ferie. A wtedy mnóstwo się tu dzieje.

(em)