ROZMOWY

Już nie jestem korpoludkiem - ważna pani z banku buduje szkoły w Nepalu

 
 
 
 
 
Z ANIĄ LICHOTĄ rozmawia Milena Rachid Chehab
 
Magazyn Świąteczny Gazety Wyborczej, 31 grudnia 2011
 
Już nie jestem korpoludkiem -  ważna pani z banku buduje szkoły w Nepalu
 
Ania Lichota w Patagonii
 
Byłam super we wspinaczce po drabinie korporacyjnej. Odkąd zaczęłam zdobywać Koronę Ziemi, nie angażuję się w wyścig szczurów - mówi Ania Lichota, himalaistka. Jako trzecia Polka, po Annie Czerwińskiej i Martynie Wojciechowskiej, zdobyła Koronę Ziemi.
 
Podczas tego wywiadu ręka drętwiała mi od trzymania dyktafonu, który trzymałam, biegnąc za Anną Lichotą. Pracuje w londyńskim City, czas na wywiad ma tylko w sobotę: o 6.45 zbiórka na dworcu London Waterloo, potem 20-milowy marsz po wzgórzach Surrey z jej koleżanką z pracy i kolegą, którego wielki plecak wzbudza powszechne zainteresowanie. Wypchany jest 30 kilogramami cegieł.

Ania Lichota: - Ja od cegieł wolałam wodę.

Milena Rachid Chehab: W plecaku?

- Tak. Tych sześciu pięciolitrowych baniaków przez trzy lata nie wylewałam. Po raz pierwszy założyłam tak wyładowany plecak, ważący połowę tego, co ja, przed wyprawą na McKinleya, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. Ostatni raz - gdy przygotowywałam się do wejścia na Mount Everest.

Są w górach sytuacje, gdy ocierasz się o śmierć?

- Obok jednego z obozów w drodze na Everest jest cmentarzysko tych, którzy polegli w starciu z górą. Mijasz je i idziesz dalej, ale widok daje do myślenia. Wiedziałam też, że 10 procent ludzi, którzy zdobywają szczyt Ziemi, nie wraca z wyprawy - dodatkowy rok przygotowań zajęło mi to, żeby się z tym pogodzić. Zresztą ta obsuwa czasowa sprawiła, że nie pobiłam rekordu Polski w najszybszym zdobyciu Korony Ziemi. Ale wcześniej nie byłam na to gotowa. Jeszcze nie pogodziłam się ze sobą na tyle, żeby iść w Himalaje ze świadomością, że jak nie wrócę, to wszystko, co zostawiłam, jest takie, jakie powinno być. Choć mam 38 lat, wcześniej niemal przed każdą górą spisywałam testament. Potem nie było to już ważne. Przestałam się bać. To cudowne uczucie, choć zdarzało się, że sporo przez nie straciłam.

Co?

Zanim zaczęłam chodzić po górach, byłam super we wspinaczce po drabinie korporacyjnej. Ale odkąd zaczęłam zdobywać Koronę Ziemi, przestałam być korpoludkiem. Oczywiście nadal wiem, z kim gadać i czyjego wsparcia szukać, żeby zostać executive director, ale już się nie angażuję w ten wyścig szczurów.

Ale przecież muszą być z ciebie zadowoleni, jeśli twój bank zwolnił 30 procent ludzi, a ciebie zostawił.

Dobrze wykonuję pracę, ale traktuję ją tylko jako miejsce do zarabiania pieniędzy na coś bardziej wartościowego. Już nie marzę, żeby wykazać się w najtrudniejszych zadaniach, nie drżę, co będzie, jak nie dostanę premii, stracę posadę, i nie siedzę cicho w imię świętego spokoju. Zdobyłam Koronę Ziemi, ale na rok zablokowałam sobie awans.

Przez te ciągłe wyjazdy.

Skądże! One są akceptowane, nawet jak z Antarktydy wróciłam tydzień spóźniona. Wspinaczkowe doświadczenie wykorzystuję choćby podczas firmowych szkoleń z motywacji. Pod tym względem udało mi się zarazić wszystkich w pracy swoją pasją. Otoczenie zgodnie uznało natomiast, że problemem jest moja "zbyt bezpośrednia komunikacja". Bo oni wszyscy przychodzą na zebrania z nastawieniem "pogadajmy o tym", a ja zawsze mówię "zróbmy coś" i nie przejmuję się ważnością miejsc zajmowanych przy stole konferencyjnym. Zresztą nawet nie muszę nic mówić.

Wystarczy, że...

Na jednym spotkaniu przewróciłam oczami, bo ktoś tracił nasze 40 minut, gadając bzdury. Po spotkaniu szef wycedził tylko: "You. Are. Fucked" [Jesteś pier-dol-nię-ta.]. To była jedna z głównych przyczyn zablokowanego awansu. Ale odkąd wspięłam się na Kilimandżaro (pierwsze na mojej "koronnej" liście), takie korporacyjne subtelności przestały być dla mnie tabu. Jeśli czujesz, że za bardzo wsiąkasz w swoją firmę, polecam górską ekspedycję. Działa lepiej niż najskuteczniejsza antykorporacyjna terapia. Z drugiej strony jednak doświadczenie z zarządzania i organizowania też się przydaje w górach, na przykład zawsze jestem perfekcyjnie spakowana.

Wspomniałaś o tabu. Podobno w górach, nawet wśród ludzi, którzy wcześniej w ogóle się nie znali, panuje spora otwartość.

Tu wiele ci nie powiem, bo jest zasada, że to, co dzieje się w górach, zostaje w górach. To prawda, że w takich sytuacjach łatwiej opowiedzieć o swoich problemach w związku, trudnościach z wychowaniem dzieci czy marzeniach o nowym supersamochodzie. Dla mnie jednak dużo bardziej zaskakująca była otwartość w kwestiach fizjologicznych.

Aż boję się pytać, do jakiego stopnia.

Choć przed wyjazdami starałam się sporo czytać, o tych sprawach nikt mi nie powiedział, a szkoda. Wszystkiego musiałam dowiedzieć się na miejscu. Uwierzysz, że nauczyłam się nawet sikać na stojąco z pomocą specjalnego urządzenia? Raz uwieczniła to zresztą na filmie jakaś japońska ekspedycja, która nawet na sześciu tysiącach metrów nie rozstawała się ze swoimi aparatami. Cała moja grupa się śmiała, ale ja wtedy jeszcze strasznie się wstydziłam.

Nie dziwię się.

Dla nich to wszystko było normalne. Jak wyjeżdżasz wspinać się, jesteś często skazana na spanie z dwoma facetami w ciasnym namiocie i sikanie przy nich do butelki. Ponieważ na dużej wysokości hormony zupełnie się rozregulowują, przygotuj się też, że nawet jeśli twój kalendarzyk mówi co innego, możesz mieć okres. I wtedy również trzeba sobie z tym radzić - wystarczy jednak powiedzieć, że potrzebujesz chwili dla siebie, i oni od razu wiedzą, o co chodzi. Na takie sytuacje są nawet specjalne podpaski, choć chyba i tak lepiej sprawdzają się tampony(...)

Cały wywiad w papierowym, sobotnim magazynie "Gazety Wyborczej" z 31 grudnia 2011

Zdjęcia Ani Lichoty zostały wykonane podczas wypraw po Koronę Ziemi. Publikujemy je za zgodą Ani. Dziekujemy!