ROZMOWY

JERZY SKOLIMOWSKI: Zerwałem krawat z szyi

 
 
 
 
 
Rozmowa Jacka Żakowskiego
 
POLITYKA, 2 stycznia 2011
 
JERZY SKOLIMOWSKI: Zerwałem krawat z szyi
 
 
O tym, jak jego los zmienił czworooki Stalin, o wzlotach i klęskach na obcym bruku, o następujących w życiu na przemian okresach młodości i starości i o odrodzeniu dzięki malarstwu - mówi Jerzy Skolimowski.
 
Jacek Żakowski: – Naczytałem się wywiadów z panem w POLITYCE.

Jerzy Skolimowski: – Pamiętam rozmowę z Kałużyńskim. Burzliwą.

Mnie utkwiły w głowie inne rozmowy. W 1970 r. powiedział pan Krystynie Nastulance: „Przekroczyłem trzydziestkę, czyli należę do średniego pokolenia. A filmy powinni robić młodzi”.

Dziś też jestem tego zdania.

Ale osiem lat później, w 1978 r., mówił pan Adamowi Krzemińskiemu: „Wydaje mi się, że to nadal początek życiorysu”. Jakby pana czas biegł w przeciwnym kierunku.

Może tak wtedy było.

A niedawno obejrzałem „Essential Killing” i mam wrażenie, że to jest dzieło bardzo młodego reżysera. Takiego jak Sophia Coppola, kiedy kręciła „Między słowami”. Po 40 latach znów pan szuka swojego obrazu świata i języka zdolnego go opisać.

Bo po 17 latach wróciłem do kina raczej jako malarz niż jako reżyser po przejściach. Miałem za sobą przyspieszoną drogę od pierwszych wystaw do nagród i galerii niemal na całym świecie. Profesjonalnie stałem się kimś innym.

Z dziesięć lat temu byłem na pana wielkiej wystawie w Los Angeles.

Dostałem za nią International Contemporary Art Award, 2001. Malarstwo mnie odrodziło.

Nowe życie po sześćdziesiątce.

Szalenie budujące. Szybkie sukcesy. Zakupy do muzeów i prywatnych kolekcji. Na wystawie, którą pan widział, Jack Nicholson kupił cztery obrazy.

Kolega.

Ale do płacenia nieskory.

Zapłacił?

W końcu tak. I Dennis Hopper kupił trzy obrazy. Za gotówkę. Szło prawie wszystko, co wieszałem na ścianach. Dzięki malarstwu odrastały mi skrzydła, które straciłem w kinie. „Cztery noce z Anną” (2008) w tym sensie były ponownym debiutem. Debiutant powinien się buntować. Ja się buntuję przeciw temu, co się dzieje w kinie. Przez ostatnie lata podobały mi się dwa filmy: „Prorok” i „The Hurt Locker”. Jak się jest tak krytycznym, trzeba proponować coś w zamian. Więc szukam.

Czyli jest pan młodszy niż 40 lat temu. Jakoś to rozumiem. Miał pan na koncie kilka chwalonych filmów, nagrody będące szczytem marzeń, m.in. zachodnioberlińskiego Złotego Niedźwiedzia...

Od początku za łatwo mi szło. Lewą ręką. Bez przygotowania. Nonszalancko. Masa szczęśliwych przypadków. Krytycy dopatrywali się w moich filmach rzeczy, które nawet mi nie przyszły do głowy. Kręciłem filmy tak, jak wcześniej pisałem wiersze.

Czyli?

W wierszach znaczenia potęgowały się mimo woli. Dmucha się taki balon, a potem ludzie dopatrują się treści. Moje wiersze były raczej kiepskie. Usprawiedliwia mnie, że miałem 19 lat. Ale Rimbaud był w tym wieku u szczytu. A ja skrobnąłem coś na świstku, zaniosłem do wydawnictwa i już drukowali. Chwalili. Klaskali. Niosło mnie.

Do kina?

Do kina wszedłem przez Wajdę. Wysłano mnie do Domu Pracy Twórczej w Oborach jako najmłodszego członka Związku Literatów. Żebym pisał. A ja kopałem piłkę. Aż przyjechał Andrzej Wajda, który pisał scenariusz o młodzieży. Byłem jedynym młodym człowiekiem pod ręką. Dał mi tekst z prośbą o opinię. Dla mnie kino nie było wtedy sztuką. Moim ulubionym filmem był „Fanfan Tulipan”. Czyli serce i szpada. Więc bardzo skrytykowałem niezwykle poważny tekst Wajdy. A on na to: Sam wobec tego coś napisz. Przez noc napisałem dwadzieścia kilka stron, z których powstali „Niewinni czarodzieje”. Zostałem scenarzystą samego Andrzeja Wajdy. Mimo woli. Potem, kręcąc „Czarodziejów”, Wajda zaproponował, żebym zagrał rólkę. Też poszło jak z płatka.

Renesansowy talent.

Piszczyk, Dyzma. Co pan chce. Grałem pijanego boksera zaczepiającego lekarza, który go nie dopuścił do walki. Lekarza grał Łomnicki. Ja wcześniej naprawdę byłem bokserem. Łomnicki o boksie nie miał pojęcia. Ale przypadkiem trafił mnie w łuk brwiowy, który już miałem pęknięty po walkach na ringu. Krew trysnęła fontanną. I słyszę zza kamery szept Wajdy: Jerzy, wytrzymaj! Wytrzymaj! Wytrzymaj! Jak wytrzymałem, to Andrzej mówi: Jutro się zaczyna egzamin do szkoły filmowej w Łodzi. Zdawaj.

I zdał pan?

Były cztery miejsca i 150 chętnych. Egzamin trwał dwa tygodnie. Co dwa, trzy dni kolejni odpadali. Do finału doszło z osiem osób. Po egzaminie podszedł do mnie prof. Bohdziewicz i pyta: Jak pan ocenia swoje szanse? A ja na to: Mogę tylko zacytować Adolfa Rudnickiego: każdemu to, na czym mu mniej zależy. I przyjęto mnie jako numer jeden. W szkole nakręciłem swój pierwszy film. Napisałem „Nóż w wodzie”. To był kultowy film. Złotego Niedźwiedzia, za film „Start”, dostałem mając 28 lat. Szło wspaniale. Aż zrobiłem „Ręce do góry”.

Czyli pana prywatny rozrachunek ze stalinizmem.

Ze światem mojego dorastania. I pierwszy raz zderzyłem się ze ścianą. Ten film mógł coś zmienić w tym kraju. To był 1967 r. Ale go nie puścili.

Bo się pan uparł, że musi zostać scena z czworookim Stalinem. Warto było poświęcić dla jednej sceny karierę i film, który mógł zmienić Polskę?

Pewnie nie. Ale wtedy ja, młody artysta z nienaruszonym ego, nie byłem w stanie iść na żaden kompromisy.Zastanawiam się, kim bym dziś był, gdybym się wtedy złamał(...)

WIĘCEJ

(em)