ROZMOWY

Jak zapalić "Światło dla Himalajów"?

 
 
 
 
 
Z ANNĄ CHMIELEWSKĄ rozmawia Iwona Danilewicz
 
Jak zapalić "Światło dla Himalajów"?
 
Anna Chmielewska w Nepalu.
 
Anna Chmielewska to suwalczanka, która mimo przeciwności losu pomaga mieszkańcom Nepalu .W centrum Suwałki Plaza zorganizowała aukcję z udziałem Hanny Śleszyńskiej, by zebrać pieniądze na doprowadzenie wody do górskiej wsi.
 
W sobotę 16 lutego 2013 o godz. 17.00 również w Zakopanem, w Galerii DOM DOKTORA, ul. Stanisława Witkiewicza 19, odbędzie się aukcja charytatywna na rzecz Nepalu. 

- Do Nepalu po raz pierwszy pojechałaś na trekking. Jak to się stało, że zaczęłaś pomagać mieszkańcom tego kraju?

- Tak, wyjechałam odpocząć. Zaliczyliśmy oczywiście z kolegą trekking, jednym z popularnych szlaków. Jemu Nepal nie przypadł do gustu. Ja wróciłam w następnym roku, ale tym razem celem nie był trek – nie mam zbyt dobrej kondycji. Po ostatnim wyjeździe czułam niedosyt, byłam ciekawa Nepalu, ale tego prawdziwego. Chciałam ominąć popularne szlaki, by zobaczyć jak naprawdę żyją ludzie w górach. Moją uwagę od razu zwróciła bieda panująca w górskich wsiach. Nepalczycy nie ukrywają warunków, w jakich żyją. Szlaki trekingowe zostały przetarte naście lat temu, więc w ich pobliżu zdążyły powstać bazy hotelowe, jeśli można te budynki tak nazwać. Tam gdzie nie ma turystów, czyli w rejonie, który odwiedziłam, bieda jest przerażająca.

- Ponad 80 proc. Nepalu pokrywają góry, zaledwie 16 proc. jego powierzchni to użytki rolne. W kraju praktycznie nie ma przemysłu, jest jednak spora liczba organizacji pozarządowych z całego świata, które wspierają ludność. Co dzieje się z przekazywanymi środkami – widać tam efekty międzynarodowej pomocy?

- Ogromne pieniądze dla Nepalu przekazują m.in. Niemcy, Japonia. Nie wiem, co dzieje się z tym pieniędzmi. Pewnie jak zwykle część zostaje w rękach pośredniczących ludzi i organizacji. Dlatego wychodzę z założenia, że zamiast pieniędzy lepiej przekazywać konkretną pomoc, a jeszcze lepiej angażować, na ile to możliwe, Nepalczyków do czynnego udziału. Nepalczycy przyzwyczaili się do pomocy płynącej z innych krajów. Z tego, co zauważyłam, w ich świadomości Europejczycy nie pracują, tylko zbierają pieniądze na ulicy. Może stąd brak szacunku do tego, co otrzymują z zewnątrz.

- W Nepalu działa też kilka polskich organizacji, które przekazują Nepalczykom „wędki” – budują szkoły, piekarnie. Jak oceniasz takie przedsięwzięcia?

- Piekarnia to świetny pomysł. Ludzie dzięki niej mogą zarobić pieniądze na sprzedaży produktów, inni mogą się też uczyć fachu. Nepalczycy sami z siebie nie rwą się do pracy, jednak niektórzy korzystają z możliwości poprawienia jakości życia. Szkoły to osobny temat. Może dziwnie to zabrzmi, ale nie jestem przekonana do ich budowy w górach. Owszem, to szansa na edukację, jednak samo budowanie szkoły nic nie zmieni, jeśli nie będzie nauczycieli. A tych przeważnie nie ma. Jeśli już taka osoba się znajdzie, trzeba jej zapłacić. Tylko z czego?

- Czy trudno jest namówić ludzi z Polski do współpracy, do wyjazdu w Himalaje?

- Tak, nawet bardzo. Podczas ostatniej wyprawy towarzyszyła mi lekarka z mojej rodziny. Zazwyczaj za taką pomoc ludzie oczekują zapłaty, a ja nie oferuję pieniędzy. Przy wyjeździe do Nepalu trzeba uwzględnić fatalne warunki sanitarne, które tam panują. Niektórzy dopiero na miejscu zdają sobie sprawę z położenia, w którym się znaleźli i zaczynają się kłopoty.

- Masz za sobą już kilka wyjazdów. Na pomoc czeka wciąż wiele osób. Czy nie nachodzą Cię czasem myśli, że Twoje działania w Nepalu przypominają trochę syzyfową pracę?

- Skupiłam się na jednej okolicy, w której mieszkają ludzie Szerpa. Są szczerzy, otwarci, obcowanie z nimi sprawia mi przyjemność. Wychodzę z założenia, że dopiero systematyczne działanie przynosi efekty, dlatego realizuję swój plan krok po kroku.

- Czy spotykasz się z zarzutami, że zamiast pomagać w Polsce, wyjeżdżasz do tak odległego kraju?

- Słyszę to na każdym kroku. Uważam jednak, że skoro mogę pomóc Nepalczykom, to tak właśnie robię.

- Hanna Śleszyńska, która przyjechała do Suwałk, by poprowadzić aukcję na rzecz Nepalu przyznała, że sama nie podjęłaby się takiego wyzwania.

- [Śmiech] Hania bardzo dużo mi pomogła i w dalszym ciągu to robi, mimo że ma mnóstwo obowiązków – jest wszechstronną artystką.

- Czy podobne akcje organizujesz również w innych miastach kraju?

- Ta w Suwałkach była pierwszą tego typu inicjatywą. Po niej zorganizowałam następną, połączoną z pokazem slajdów, aukcją i kiermaszem mikołajkowym, podczas którego można było kupić pamiątki z Nepalu.

- Do Nepalu przywozisz odzież i leki. Ostatnim razem, dzięki pieniądzom przekazanym między innymi przez mieszkańców Suwałk, doprowadziłaś wodę do wsi. Co dalej?

- Końca nie widać. Chciałabym, żeby w kolejnych wsiach pojawiła się woda. W górach zostali głównie starsi ludzie. Młodzi wyjeżdżają do miast, chcą żyć inaczej. Oprócz kolejnego transportu odzieży i leków, chciałabym znów stworzyć możliwość przebadania tych ludzi. Zależy mi na zabraniu lekarza do Nepalu. W tym kraju świadomość dotycząca zdrowia jest znikoma. Leki kosztują grosze, a mimo to, gdy ktoś choruje, nie ma nawyku kupowania lekarstw, o wizycie u lekarza nie wspominając. Choroby często powodują powikłania, a tu już szaman nie pomoże. Mam też zamiar przeprowadzić w Nepalu dwie akcje – jedną na temat planowania rodziny, drugą na temat czystości i higieny. To ogromny problem mieszkańców wsi w górach, w których bardzo często nie ma bieżącej wody.

- Na stronie „Niebywałych Suwałk” można było przeczytać Twoje relacje z ostatnich działań w Nepalu. Odniosłam wrażenie, że Twoja organizacja – „Światło dla Himalajów” i inne, które działają w tym kraju, robią więcej dla mieszkańców niż państwo. Czym to jest spowodowane?

- Jeden z Nepalczyków, z którym rozmawiałam, próbował wytłumaczyć mi, jak wygląda sytuacja polityczna w jego kraju. Zaczął od tego, że od zawsze trwają kłótnie w rządzie, jak nie przepychanki o większość w Parlamencie, to brak porozumienia w sprawie powstającej Konstytucji, a wszystkiemu towarzyszą ciągłe strajki. Państwo jest biedne, nie zapewnia absolutnie żadnej opieki medycznej czy pomocy socjalnej. W Nepalu jest ogromne rozwarstwienie, są bogaci ludzie i bardzo biedni. Około 40% ludności tego kraju żyje na granicy skrajnego ubóstwa. Ciągle niestety daje o sobie znać system kastowy. Myślę, że to wszystko po trosze składa się na trudną sytuację tego kraju. W Nepalu funkcjonują co prawda projekty rozwoju ogólnej infrastruktury, niestety środki na nie przeznaczane są niewielkie, a miejsc, do których należałoby dotrzeć, zbyt wiele. Góry też stanowią pewnego rodzaju utrudnienie.

- Jak funkcjonuje wspomniany przez Ciebie system kastowy?

- Najprościej mówiąc – ludzie z niższych kast nie mogą robić tego, co jest przeznaczone dla tych z wyższych kast, to znaczy np. wykonywać pewnych zawodów. Tak jak w Indiach. Nie mają więc praktycznie żadnych szans na poprawę jakości życia. Co ciekawe, oficjalnie tego problemu nie ma. Na wsiach, które odwiedzam, jest to jednak bardzo odczuwalne. Nie wspomnę już o sytuacji kobiet – to jeszcze trudniejszy temat. W czasie rozmowy głosem kobiety jest mężczyzna, to on odpowiada na pytania. Odbyłam kiedyś spotkanie z małżeństwem, podczas którego kobieta w ogóle się nie odezwała. Nie mogłam tego zrozumieć. Ale taka sytuacja występuje jedynie w hinduskiej społeczności. U buddystów, czyli ludzi Szerpa, sprawa ma się zupełnie inaczej. Tutaj jest większy szacunek i zrozumienie. Oni wiedzą, że wioska jest jak rodzina, każdemu potrzebującemu pomóc trzeba.

- Co uznajesz za swój największy sukces?

- Chyba to, że zebrane pieniądze w całości udało mi się przekazać na pomoc Nepalczykom. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej. Wielką satysfakcją będzie dla mnie rozwój wsi i obserwowanie efektów wspólnej pracy, ponieważ w te wszystkie inicjatywy chcę włączyć mieszkańców, żeby poczuli odpowiedzialność za to, co otrzymali.

- Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

Źródło tekstu: NiebywałeSuwałki

Artykuł powiazany

(em)