ROZMOWY

ZBIGNIEW PIOTROWICZ: Gór się nie porzuca

 
 
 
 
 
Opracowała Ewa Matuszewska
 
ZBIGNIEW PIOTROWICZ: Gór się nie porzuca
 
Fot .Marek Arcimowicz
 
Alpinista, pisarz i dziennikarz, animator kultury. Wspinał się w Tatrach, Alpach, Himalajach, na Bałkanach, w Pamirze, Tienszanie, Ladakhu, Atlasie Wysokim i Górach Skalistych.
 
Zbigniew Piotrowicz jest pomysłodawcą i organizatorem Przeglądu Filmów Górskich im. Andrzeja Zawady. Jest tez  inicjatorem Mistrzostw Świata w Jedzeniu Jajek na Twardo (konkurencja znakomicie pasująca do Świąt Wielkanocnych), a także członkiem Towarzystwa Kontroli Rekordów Niecodziennych. 

- Kiedy pierwszy raz usłyszał pan o Andrzeju Zawadzie?

- Gdy zacząłem namiętnie czytać ksiażki o górach. Pochłaniałem je w średniej szkole czyszcząc regały okolicznych bibliotek i później przesiadując w czytelniach różnych poznańskich uczelni. Kiedy w lutym 1980 roku Polskie Radio w programie 1 podawało co kilka godzin komunikaty z przebiegu akcji górskiej na Evereście, byłem już dobrze przygotowany i sam podejmowałem desperackie próby wspinaczkowe. Andrzej w tamtym czasie był dla mnie żywą legendą.

- W jakich okolicznościach poznaliście się?

- Osobiście poznałem Andrzeja na Przeglądzie Filmów Górskich w Lądku Zdroju. Wcześniej znałem go z książek, z historycznch zdjeć, z radiowych i telewizyjnych audycji. Organizując pierwszą edycję Przeglądu w roku 1995, wysłałem zaproszenia na wszystkie możliwe adresy, które udało mi się zdobyć. W dniu rozpoczęcia Przeglądu, dostałem o szóstej rano niespodziewany telefon. Dzwonił zakłopotany pracownik uzdrowiska informując, że czeka na mnie jakiś pan. - Jaki pan? - niezbyt uprzejmie burknąłem w telefon, bo pora była stanowczo zbyt wczesna. - Panie, jak się pan nazywa? - usłyszałem w słuchawce pytanie do przybysza. - Mówi, że Zawada!

Tak poznałem Andrzeja, człowieka, który był dla mnie legendą, a w następnych latach miał się okazać duszą festiwalu. Był pierwszym gościem, który dotarł na pierwszy Przegląd. Przyjechał do Kłodzka jedynym warszawskim pociągiem przed piątą rano i sobie tylko znanym sposobem już pół godziny później był w Lądku. Bladym świtem błąkał się jakiś czas po pustych ulicach, aż koło szóstej trafił do Domu Zdrojowego, gdzie zaplanowane były projekcje.

Przez następne pięć lat Andrzej był stałym i wdzięcznym bywalcem kolejnych edycji. Z jego inicjatywy doszło w Lądku do wzruszającego spotkania, po 25 latach, uczestników wyprawy na Kunyang Chhish. Toczył najbardziej zażarte polemiki podczas spotkań publiczności z bohaterami filmów. W czasie bodaj trzeciego Przeglądu o północy udał się do domu znajomej właścicielki kawiarni (skąd on znał osobiście właścicielkę kawiarni?!), wyciągnął ją z łóżka i namówił do otwarcia lokalu. Ponieważ kawiarenka była malutka, całą gromadką siedzieliśmy w chłodną noc na zewnątrz. W wesołym towarzystwie niemal do świtu objadaliśmy się ruskimi pierogami popijając czerwone wino, którego niezmierne zapasy przywiózł Piotr Atanasow, bułgarski dziennikarz zafascynowany górami i... Polską. Nikomu nie przeszkadzał jesienny chłód, a Andrzej opowiadał anegdotę za anegdotą.

Andrzej tworzył atmosferę Przeglądu i chyba lubił tę imprezę. Wiosną i latem 2000 roku wielokrotnie do siebie telefonowaliśmy. Miał to być rok dla niego szczególny. Właśnie w Lądku postanowił zorganizować uroczystości 50-lecia swojej górskiej działalności. Ujęło mnie to, ale nie miałem świadomości, jak ważne mogło być to spotkanie. Zaproponowałem, aby były to tylko dwa, trzy bloki programowe. Do dzisiaj mam z tego powodu "moralniaka". Choroba była szybsza. Andrzej zmarł niespełna miesiąc przed Przeglądem. Planowaliśmy, że zasadzi drzewko, które będzie trwałym śladem jego lądeckich spotkań. Nie zdążył, ale drzewko rośnie. W imieniu Andrzeja zasadziła je, wraz z publicznością, Anna Milewska, jego żona. Anna wyraziła też zgodę, aby festiwal nosił imię Andrzeja Zawady – człowieka, który zostawił w Lądku kawałek swojej duszy.

Ślad obecności Andrzeja okazał się bardzo trwały. Trzy lata temu lądecka młodzież licealna wybrała go na patrona swojego liceum. To jedyne liceum w Polsce, któremu Andrzej patronuje. Mam nadzieję, że dla Andrzeja spoglądającego na nas z niebiańskich wyżyn, jest to szczególnym powodem do satysfakcji. Spośród kolejnych roczników tej szkoły wywodzą się wolontariusze pomagający przy festiwalu, w holu wejściowym liceum znajduje się stała wystawa poświęcona Andrzejowi.

Był świetnym kolegą, dowcipnym gawędziarzem, znakomitym tancerzem. Kochał życie. Ale bardzo serio traktował takie pojęcia jak patriotyzm i etyka, szczególnie cenił rolę gór w wychowaniu następnych pokoleń. Byłem młody i ta nutka patriotycznego patosu trochę mnie bawiła. Teraz już mniej. Bo miał rację. Również wtedy, gdy trzy tygodnie po swojej śmierci mówił z ekranu do milczącej sali wypełnionej wzruszonymi widzami: „ Pamiętajcie, nie warto zadawać się z ludźmi głupimi. Szkoda na to czasu. I z tymi bez poczucia humoru też…”.

- Czy postać Lidera miała jakikolwiek wpływ na pańskie zainteresowanie górami?


- Nie, to zainteresowanie pojawiło się wcześniej, a postać Andrzeja tylko mnie utwierdziła w dokonanym wyborze. Oprócz Andrzeja miałem kilka innych postaci, które w latach siedemdziesiątych mnie fascynowały: Wojtek Wróż, Tadeusz Piotrowski, Andrzej Z. Heinrich. Andrzej natomiast był pierwszą osobą z górskiego mainstreamu, z którą miałem zaszczyt zaprzyjaźnić się. Niezwykle ujmujące w nim było to, że łatwo nawiązywał kontakty i był w tych relacjach szczery. Dawał się lubić, a to nie jest powszechną cechą. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie jego słowa wypowiadane w filmie Anki Pietraszek “Ostatnia rozmowa”. Andrzej miał świadomość, że jest to ostatni publiczny komunikat, jaki może skierować do swoich przyjaciół, znajomych i wszystkich tych, którzy interesują się górami i jego postacią. Że jest to zarazem testament, podsumowanie i przesłanie. Ujęła mnie jego szczerość i spokój. Ta naprawdę ostatnia rozmowa, którą Andrzej odbył ze mną z ekranu filmoweg, o tkwi we mnie do dzisiaj.

- Zetknął się pan  kiedykolwiek z Liderem w górach?

- Nie na żadnym wyjeździe wspinaczkowym. Kilka razy spacerowaliśmy po Karkonoszach, Górach Stołowych, Masywie Śnieżnika i Górach Złotych. Te wycieczki zawsze były uzupełnieniem programu lądeckiego Przeglądu. Andrzej w naturalny sposób, czy było to spotkanie późnym wieczorem w kawiarni, czy górska wycieczka, przejmował rolę lidera i dobrze się w niej czuł. To on prowadził wszystkie ataki na górskie, nawet te trawiaste wierzchołki.

- Zima w Himalajach i Karakorum, polska szkoła cierpienia według Wojciecha Kurtyki,  czy to jedyna możliwość osiągania nowych celów w górach najwyższych? Taka była idea Lidera, obecnie realizowana przez Artura Hajzera jako program Polskiego Himalaizmu Zimowego.

- Polska szkoła cierpienia to wprawdzie termin, który został wymyślony nie u nas, ale świetnie się przyjął. Pewnie dlatego, że jako Polacy żyjemy w kulturze i środowisku, w którym cierpienie uszlachetnia. A więc mamy tę dodatkową motywację, której pewnie brakuje innym nacjom. Jesteśmy bardziej szlachetni i możemy sami siebie podziwiać. Myślę, że pomysł na himalaizm zimowy, będący przeniesieniem wartościowania wyników z Tatr w góry wysokie, ma swój sens. Bo rzeczywiście trzeba mieć niesamowitą parę w płucach, żelazną psychikę i ponadprzeciętne umiejętności, aby temu wyzwaniu sprostać.

Zastrzegam, że nigdy nie byłem w wysokich górach naprawdę wysoko, ani nigdy zimą, ale chyba jest to zupełnie inna konkurencja. Świadczy o tym niezwykle wąska grupa ludzi, którzy są w stanie ją uprawiać. Andrzej na to wpadł i chwała mu za to, Artur tę misję kontynuuje i jestem pełen uznania dla jego wysiłków.

Piszę to kilka dni po tragedii na Broad Peaku, jeszcze przed powrotem wyprawy do kraju, ale cały czas uważam, że wyprawy himalajskie zawsze wiążą się ze zgodą na skalkulowane ryzyko. Jeśli jest to wyczyn na najwyższym światowym poziomie, margines objęty ryzykiem jest większy. Udział w wyprawie to decyzja świadoma, to kalkulacja własnych możliwości, ambicji, sił i umiejętności. Nie znam osoby, która działając w górach wysokich podejmowałaby się zadań wykraczających poza skalkulowane, dopuszczalne ryzyko. Zdarza się, że kalkulacje zawierają jakiś błąd lub zdarza się zwyczajne, trudne do przewidzenia nieszczęście.

Wyprawa, zwłaszcza tak mała, to grupa osób o podobnych kwalifikacjach. Z tego względu szanujących nawzajem swoje kompetencje, prawo do własnego zdania i oceny sytuacji. Maciej Berbeka i Tomek Kowalski, wychodząc w kierunku szczytu dokonali swojej kalkulacji. Ja tę decyzję szanuję. Jestem przekonany, że wiedzieli co robią i znali reguły tej gry. Pojawiły się swego czasu zarzuty, że na tak trudne i wymagające wyprawy jeżdżą ludzie zbyt młodzi lub ze zbyt małym doswiadczeniem. A czy pamietamy, że Leszek Cichy miał tylko 29 lat, gdy zimą wchodził na Everest, a 24, gdy zdobył swój pierwszy ośmiotysięcznik? Z kolei Krzysiek Wielicki, drugi zdobywca Everestu miał wówczas lat 30 i była to jego pierwsza wysoka góra!

- Wróćmy do Przegladu w Lądku Zdroju. W roku 1993, w maju, odbył się pierwszy Przegląd Filmów Alpinistycznych im. Wandy Rutkiewicz w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Czy był on w pewnym sensie inspiracją dla pana?

- Inspiracją były trzy edycje festiwalu organizowanego po koniec lat 80. w Katowicach. Jeździłem z upodobaniem na wszystkie edycje. Sam zresztą wspinałem się wówczas bardzo aktywnie, latem i zimą, regularnie bywałem w skałkach, redagowałem klubowe pismo w Poznaniu i w ogóle byłem mocno zaangażowany w działalnośc środowiskową. Kiedy czwarta edycja katowickiego festiwalu nie doszła do skutku, bardzo mi tego wydarzenia brakowało. Los sprawił, że byłem wówczas radnym w Lądku i odkryłem, że jest to znakomite miejsce na kontynuacje górskich spotkań z filmem. Rada miejska w swej łaskawości wyasygnowała 10 tysięcy złotych, z których od razu wydałem połowę na ospitowanie lądeckich skałek. Lądek Zdrój był jedyną gminą w Polsce, która miała swoją gminną spitownicę!

Za drugą połowę zrobiłem festiwal, który napędzany był przede wszystkim entuzjazmem i boską ignorancją co do możliwych problemów organizacyjnych. Dlatego się udał i przyjął w środowisku. Miałem o tyle łatwiej, że po kilku latach aktywnego wspinania miałem w tym środowisku sporo znajomych, co upraszczało wszelkie uzgodnienia i dawało wiarygodność. Po bodaj dwunastu edycjach zdecydowałem się jednak odciąć pępowinę. Czułem, że zaczynam być niewolnikiem swojego pomysłu i że być może będę musiał robić ten festiwal do końca życia. A miałem wiele innych, nowych zajęć. Na szczęście Przeglądowi udało się przejść ten niebezpieczny okres bez wiekszych strat i teraz robiony jest przez kolejnego entuzjastę, ale przy tym doświadczonego organizatora.

- Porzucił pan przegląd i wybrał karierę polityczną, samorządową i administracyjną – trochę to dla mnie egzotycznie brzmi: himalaista dyrektorem uzdrowiska! Ale pisze pan o górach, prowadzi portal internetowy – czyli gór się nie zostawia?

- Nie zostawia. Nie zdradza, bo to byłoby to czymś w rodzaju zdrady. Tak jak najpiękniejsze wydają nam się lata naszego dzieciństwa, tak najintesywniejsze emocje, które później wpływają na to, kim się stajemy, zapewniają właśnie góry i wspinanie. Wacek Sonelski zwierzył mi się kiedyś w Betlejemce, że zapach sizalowej liny doprowadzał go do ekstazy. Może z tego trochę się wyrasta, ale się nie zapomina. Tego nie wolno zapomnieć!

A może trzeba to zjawisko interpretować w kategoriach trwałego uzależnienia? Tak jak istnieją niepijący alkoholicy, tak być może sam jestem przykładem niewspinającego się taternika? Oczywiście cały czas obiecuję sobie, że gdy tylko będę miał trochę czasu, to ho.. ho.., jeszcze pokażę! Może to uzależnienie sprawiło, że Maciek Berbeka zdecydował się pojechać w Karakorum?
 

OD REDAKCJI
Cały tekst rozmowy ze Zbigniewem Piotrowiczem ukaże się w drugim, poprawionym i uzupełnionym wydaniu biografii Andrzeja Zawady autorstwa Ewy Matuszewskiej "Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady raz jeszcze", przygotowywanym przez wydawnictwo ANNAPURNA.

(em)