ROZMOWY

ANDRZEJ ZAWADA: Nie mam kompleksu Everestu

 
 
 
 
 
Rozmowa Ewy Matuszewskiej z roku 1980
 
ANDRZEJ ZAWADA: Nie mam kompleksu Everestu
 
Andrzej Zawada w bazie wyprawy na Kunyang Chhish (7852 m), rok 1971. Fot. Bogdan Jankowski
 
 
Staje się pan, panie Andrzeju, specjalistą od wypraw zimowych w góry najwyższe. Czyżby w pozostałych porach roku Himalaje i Karakorum stały się zbyt łatwe?
Oczywiście, że nie. Chodzi o coś innego. Wyprawy tego rodzaju to nie tylko moja specjalność. Od pewnego czasu nieliczna wprawdzie, ale przekonana o konieczności zmian w polskim alpinizmie grupa podzielała mój pogląd. Wychodziłem z założenia, że należy konkurować ze szczytowymi osiągnięciami alpinizmu światowego, a nie trzymać się tylko swego podwórka. Gdyby tak było, moglibyśmy jeszcze wielokrotnie rozwiązywać drobne problemy, dokonując czegoś tylko o stopień lepszego od dotychczasowych osiągnięć. Dlatego uważałem, że trzeba przeskoczyć pewien etap, nie gonić najlepszych, tylko od razu robić coś nowego, czego nikt na świecie jeszcze nie robił.

Dla każdego alpinisty Mount Everest jest celem wymarzonym, bo najwyższym. Jednak po tym, co zrobili Polacy, narodowe wyprawy na ten szczyt mogą mieć chyba tylko znaczenie propagandowe?
Najwyższa góra świata nadal będzie popularna, bo każdy kraj będzie chciał mieć na jej wierzchołku swego przedstawiciela. Teraz jednak staje się aktualne pytanie - jak zdobywać Mount Everest? Wanda Rutkiewicz rozwiązała nam ten problem. Jako pierwsza z polskich alpinistów weszła na szczyt klasyczną drogą pierwszych zdobywców. Ja zaś byłem przeciwnikiem organizowania polskiej wyprawy narodowej, która zdobywałaby Everest tą właśnie drogą.

Podobno nad pana łóżkiem wisiało zdjęcie Mount Everestu. I kiedy zdobyła go Wanda, a nie pan czy ktoś z wyprawy przez pana kierowanej, nie poczuł się pan zbyt dobrze.
E, to bujda kompletna! Nad moim łóżkiem nie wisi zdjęcie Everestu ani żadnej innej góry. Poza tym Everest nigdy nie był dla mnie górą-fetyszem czy górą-marzeniem. Dwa lata temu, po wejściu Wandzi, pytano mnie, czy nie mam kompleksu Everestu. Oczywiście, że nie, był on zdobyty tyle razy, że właściwie przestał być dla mnie interesujący. Co innego K2 - wielki, wspaniały problem. Dokonać drugiego wejścia na drugi szczyt świata - bardzo tego chciałem! Niestety, polskiej wyprawie kierowanej przez Janusza Kurczaba nie powiodło się z tą górą w roku 1976. Rok później drugiego wejścia na K2 dokonali Japończycy, co - przyznaję -zmartwiło mnie nieco.

Chyba nie na tyle, by przestał pan myśleć o K2? Ostatnio otrzymał pan zgodę władz pakistańskich na ten szczyt, jednak została ona scedowana na kobiecą wyprawę kierowaną przez Wandę Rutkiewicz.
Już po raz drugi uzyskałem imienne zezwolenie na K2, pierwsze jeszcze przed wyprawą na Lhotse. Tyle że ważne było na lipiec, a do Polski dotarło w czerwcu, co nie dawało nam żadnych szans. A teraz posypało się jak z worka świętego Mikołaja - Everest zimą, Południowy Filar Everestu i K2, niemal jednocześnie. Takie były efekty moich podróży do Katmandu i Islamabadu. Nie mogło być oczywiście mowy, by zrealizować te wszystkie zezwolenia. Choć przygotowywaliśmy już taką wersję działania - jeśli nie dostanę zgody na wyprawę zimową na Everest, to robimy Filar Południowy wiosną, a następnie wszyscy uczestnicy i bagaże ciężarówką jadą w Karakorum i latem robimy K2. Jednak zima na Evereście była nasza. Żeby K2 nie przepadło Polsce, przekazałem zezwolenie Wandzie Rutkiewicz. Nie zdołała jednak przygotować wyprawy na rok 1980, między innymi ze względów finansowych.

Gdyby przyszło panu w niedalekiej przyszłości organizować wyprawę na K2, jako drogę na szczyt wybrałby pan Żebro Abruzzi, czyli drogę pierwszych zdobywców, Włochów, z roku 1954?
Jak już wspominałem, K2 było dla mnie interesujące wtedy, kiedy można było zrobić drugie wejście. Do dziś szczyt zdobyło pięć wypraw. Ostatnią, z roku 1979, była dwuosobowa wyprawa Reinholda Messnera, który z Michaelem Dacherem stanął na szczycie 12 sierpnia. Warto dodać, że ta naprawdę znakomita dwójka wspinaczy wybrała drogę Żebrem Abruzzi, nie ryzykując poprowadzenia nowego wariantu. Dla porównania - do końca lutego 1980 roku Mount Everest zdobyło osiemnaście wypraw, w tym nasza, pierwsza zimowa. Zaś w maju 1980 udanych wypraw było aż trzy - japońsko-chińska, hiszpańska i polska, która poprowadziła nową drogę Filarem Południowym.

Toteż kiedy przepadła szansa drugiego wejścia na K2, poważnie zacząłem się zastanawiać nad pierwszym wejściem zimowym w Himalajach. K2 nie dawało mi jednak spokoju. Więc może zimą na drugi szczyt świata? Ale zima w Karakorum jest o wiele dokuczliwsza niż w Himalajach. Dochodzą do tego trudności w zorganizowaniu karawany i niezwykle uciążliwe, w warunkach zimowych, dojście do bazy. Wchodziłoby jeszcze w grę poprowadzenie na K2 nowej, bardzo trudnej, sportowej drogi, czego dotychczas nie zrobiono.

Wracając zaś do pani pytania o mój „kompleks Everestu", to chcę przypomnieć, że jeszcze przed wejściem Wandy składałem wniosek do Polskiego Związku Alpinizmu o zimowy Everest. Sprzeciw komisji sportowej PZA uniemożliwił podjęcie choćby próby załatwienia zezwolenia w ministerstwie turystyki Nepalu. Paru kolegów - a była to silna grupa - uważało, że jeśli Everest, to tylko drogą klasyczną. W moim przekonaniu nie miało to sensu - duży wysiłek finansowy, efekt sportowy niewielki. Ten problem mają obecnie alpiniści radzieccy. Też kombinują, jak wejść na szczyt nową drogą. Z naszą wyprawą zabrał się rekonesans radzieckich alpinistów, którzy planują podział przyszłej wyprawy na dwie grupy. Jedna zaatakuje szczyt drogą klasyczną, by zminimalizować możliwość porażki, druga - spróbuje nowej drogi.

Ma jeszcze sens organizowanie dużej, narodowej wyprawy na Mount Everest drogą klasyczną?

Co to właściwie znaczy „duża, narodowa wyprawa"? Jeśli Naomi Uemura będzie teraz próbował zrobić drogę pierwszych zdobywców metodą „pięciu alpinistów i dwudziestu Szerpów", a nas było dwudziestu i mieliśmy pięciu Szerpów, to przecież obie te wyprawy są nieporównywalne! A zarówno jedna, jak i druga mają status wyprawy narodowej, no i taką samą, w sumie, liczbę uczestników. Istotną różnicę stanowiły nakłady finansowe - nasza wyprawa była zdecydowanie tańsza niż japońska. Wydaje mi się, że duże, ciężkie wyprawy na wysokie ośmioty-sięczniki będą nadal organizowane, zwłaszcza zimą. Styl alpejski w Himalajach może sprawdzać się wiosną czy latem, zima wymaga jednak większej ilości sprzętu, tlenu, lin poręczowych, no i ludzi do transportowania tego wszystkiego.

Sport czy sposób na życie? Czym dla pana jest alpinizm?
Rozważania na ten temat mają prawie tyle samo lat co alpinizm. Raz zwycięża podejście sportowe, kiedy indziej - egzystencjalne. Obecnie uważa się, że to sport, ale nie tylko. Ja zaś trzymam się absolutnie linii sportowej. Sport to przede wszystkim wysiłek fizyczny - a gdzież człowiek zdobywa się na większy wysiłek fizyczny niż podczas wspinaczki?

Zwłaszcza zimowej, w Hindukuszu czy Himalajach. Jednak tych sportowych zmagań nie mogą śledzić kibice, bez których sport traci właściwie rację bytu.
To prawda, że trudno kibicować przy zdobywaniu Mount Everestu, ale przecież teraz i tak ludzie chętniej oglądają mecze piłkarskie w telewizji niż na stadionach. Wyjazd na igrzyska olimpijskie wydaje się kompletnym nonsensem, wszak kamery telewizyjne pokażą znacznie więcej i znacznie lepiej. Alpinistom nie kibicują tłumy, naszym sympatykom wystarczają filmy przywożone z gór, reportaże, książki, spotkania. Dla mnie niezwykle istotne jest, że alpinizm ma ogromne wartości jako sport amatorski.

Chyba na pewnym poziomie przestaje się być amatorem?

To zależy. Lubię w słoneczny dzień pójść sobie na jakąś klasyczną wspinaczkę w Tatrach, dla czystej przyjemności. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, iż osiągnąłem pewien stopień umiejętności, ale wciąż uważam się za amatora. I powinno się uprawiać alpinizm na zasadach sportu amatorskiego, choć nie bez pewnych elementów wyczynu. Tylko że nasze Tatry są bardzo małe, ograniczając się tylko do nich, dochodzi się do pewnego poziomu i dalej ani kroku. Może kiedyś łatwiej będzie można wyjeżdżać w wysokie góry, by rozwijać umiejętności nabyte w Tatrach. Alpinizm stwarza możliwości bardziej świadomego, fachowego, powiedziałbym, chodzenia po górach, bycia z nimi blisko. To wspaniałe doznanie samo w sobie, ale też cel godny polecenia dla alpinisty amatora.

Mówi pan o sobie, że jest amatorem, ale w światku alpinistycznym uważany jest pan za profesjonalistę.
Jedno nie musi wykluczać drugiego. Mój profesjonalizm polega przede wszystkim na tym, że chcę robić coś nowego, na światowym poziomie, dysponując odpowiednimi umiejętnościami. Muszę mieć duży cel przed sobą, doskonały zespół i równie doskonały sprzęt - w tym sensie uważam się za profesjonalistę. To wszystko wymaga zawodowego podejścia i fachowości. Jednak nie traktuję alpinizmu jako swej profesji. Na Zachodzie są alpiniści zawodowi, tacy choćby jak Reinhold Messner, którzy żyją z gór. Są też tacy, którzy zawodowcami stają się od czasu do czasu, przy organizacji jakiejś wielkiej wyprawy. Wyprawa się kończy, a oni wracają do swej codziennej pracy.

Łatwo wraca się po wyprawie do takiej pracy? Nie wydaje się ona tylko dodatkiem do gór albo nawet przeszkodą w byciu z nimi dłużej?
To bardzo skomplikowany temat. Szczerze mówiąc, zawsze jest coś za coś. Obserwuję to, gdy ktoś zaczyna odnosić sukcesy zawodowe. Wypada wówczas z jednej wyprawy, potem z drugiej, a trzeciej już mu nie proponują. Z kolei jeśli z wyprawy jeździ się na wyprawę, w pracy narastają zaległości, a ona sama staje się coraz bardziej przerywnikiem między wyprawami. Ale wyjścia nie ma - pracować musimy, wspinać się chcemy.

Wspomniał pan, że jako profesjonalista musi mieć pan dobry sprzęt. Na Evereście mieliście taki. Chyba nie ma możliwości zaopatrzenia takiej wyprawy w polski sprzęt?
Nie ma możliwości, ale i nie ma takiej potrzeby. Sprzęt alpinistyczny jest już takiej jakości i tak wyspecjalizowany, że produkowanie w kraju wszystkiego, co jest potrzebne na wyprawie, od strony technologii nie jest możliwe. W Polsce wspina się około pięciu tysięcy osób, z tego w górach wysokich może około dwustu, trzystu. Tak więc rynek jest niewielki. Kraje alpejskie to co innego. Na przykład w Austrii jest zrzeszonych prawie pół miliona alpinistów, więc i firm produkujących sprzęt jest odpowiednio wiele.

Jak Polacy radzą sobie sprzętowo?

Dobry sprzęt to podstawa każdej wyprawy. Bez niego nie ma co jechać w góry. Jesteśmy ograniczeni, jeśli chodzi o dewizy, toteż sprowadzamy tylko to, co jest absolutnie niezbędne. Tym niezbędnym, podstawowym wyposażeniem są ładunki butanu i maszynki, bez nich żadna współczesna wyprawa nie ma szans. Następnie - czekany. W Polsce nie produkuje się dobrych czekanów, choć właściwiej byłoby powiedzieć, że to, co się u nas robi, czekany przypomina tylko z nazwy. Dalej - lekkie karabinki i doskonałej jakości liny do asekuracji osobistej. Liny poręczowe, których używamy, są produkcji polskiej. Również namioty. Brakuje jednak superwyczynowych, lekkich, z bardzo wytrzymałych materiałów, odpornych na wiatry i mróz, przystosowanych do dużych wysokości.

W Polsce dotychczas nie produkuje się też lekkich butli tlenowych na duże ciśnienie, około trzystu atmosfer. Za to polskie reduktory spisywały się dobrze. Wciąż mamy problemy z maskami wspinaczkowymi. Maski stosowane w lotnictwie są za małe, można w nich oddychać wyłącznie wtedy, kiedy pozostaje się w bezruchu. Odzież puchowa to polska specjalność, wytwarzana na zasadach prywatno-spółdzielczych. Buty wysokościowe - opracowane przez nas, a wykonane przez zakłady w Krośnie.

„Opracowane przez nas", czyli przez kogo?

Przeze mnie. Wymyśliłem ten model, a fabryka zrealizowała od strony materiałowo-technologicznej. Buty te mają niezwykle ważną zaletę - mając je na nogach, można wejść do śpiwora, dzięki czemu nie zamarzają i rano nie ma kłopotów z ich odmrażaniem. Wadą jest ich miękkość. Nogi szybko męczą się w miękkich butach, zwłaszcza na stromym stoku lodowym. Czego wciąż nam brakuje? Nieprzemakalnych materacyków piankowych używanych przez wszystkie zachodnie wyprawy. Taki materacyk można wrzucić do wody albo położyć na topniejącym śniegu czy lodzie, a potem strzepnąć paroma ruchami i już mamy suche posłanie.

Czym odżywiają się alpiniści?
Jedzenie to czarna strona tego sportu. Podstawą menu są puszki. Jeszcze w bazie pod Everestem można było od czasu do czasu kupić jaka czy kozę i przez parę dni mieć świeże mięso. Jednak w górnych obozach pozostają tylko konserwy, na które po kilku tygodniach nie można patrzeć, nie wspominając już o ich jedzeniu. Trzeba też dodać, że tak zwany asortyment konserw krajowych w ostatnich latach uległ znacznemu ograniczeniu. Na wyprawach najbardziej przydatna jest żywność liofilizowana - lekka, wydajna i nie najgorsza w smaku. Trzeba ją jednak sprowadzać z zagranicy.

Wprawdzie zaczęliśmy od wyposażenia i sprzętu wspinaczkowego, ale najważniejszą i najtrudniejszą sprawą wydaje się skompletowanie zespołu.

W naszym przypadku, wbrew pozorom, jest to najłatwiejsze. Jeśli chodzi o kadrę wspinaczy wyczynowych, znamy się jak łyse konie. Pewne problemy mogą zaistnieć przy ustalaniu liczby członków wyprawy. Uważam, że w Polsce jest co najmniej wystarczająca grupa znakomitych wspinaczy na trzy doskonałe wyprawy na najwyższym światowym poziomie. Mamy wspaniałą kadrę, sprawdzoną nie tylko pod względem umiejętności wspinaczkowych, ale też umiejętności współżycia w trudnych warunkach, ofiarnej pracy na rzecz wyprawy, ambicji i wytrwałości.

Od pewnego czasu daje się zauważyć zwiększone zainteresowanie sportem wspinaczkowym, nie tylko bierne, przez książki czy filmy, ale też czynne. A przecież uprawianie alpinizmu pociąga za sobą sporo wyrzeczeń, naraża na niebezpieczeństwa i koszty. Co daje w zamian?

Im bardziej świat staje się ucywilizowany, im zdecydowanie j technika wkracza w nasze życie, zamykając w domach z wielkiej płyty i każąc spacerować w parkach o porządnie wyasfaltowanych alejkach, tym bardziej odzywa się w człowieku tęsknota za dziką przyrodą, za walką z przeciwnościami natury, z trudnościami pokonywanymi własnymi siłami. To właśnie daje alpinizm - powrót do nieskażonej natury (choć z tym ostatnio w górach wysokich różnie bywa), możliwość walki (nie zawsze wygrywa ją człowiek).

W naszym kraju niewiele osób czynnie uprawia alpinizm, w porównaniu z Francją, gdzie jest 150 tysięcy zrzeszonych alpinistów, czy wspomnianą wcześniej Austrią. Nawet w Wielkiej Brytanii, tradycyjnie żeglarskiej, dziesiątki tysięcy osób wspina się w górach całego świata. Jesteśmy krajem nizinnym i narodefn o specyficznej obyczajowości. Wciąż bardziej atrakcyjnym modelem spędzania czasu jest butelka wódki niż pójście w góry. A przecież alpinizm uprawiany przez młodych ludzi w sposób odpowiedzialny jest sportem zdrowym, o dużych wartościach społecznych. Właściwie każdy niemal sport uprawiany przez ludzi, a nie oglądany w telewizji, jest korzystny dla organizmu.
Nieco inaczej rzecz się ma z wyczynowym alpinizmem, który wymaga fachowości, opanowania odpowiednich umiejętności stopniowo, bez ekscytowania się niebezpieczeństwem i ryzykiem. Jeśli jest inaczej, bardzo szybko mszczą się ambicje przeskoczenia kolejnych etapów szkolenia, zdarzają się wypadki na tyle liczne, by budzić zaniepokojenie.

Nie robią one dobrej prasy alpinizmowi, służąc jako argument tym, którzy uważają, że skoro jest tam tak niebezpiecznie, to należałoby zakazać wspinania się.
Nie należy przesadzać z tym górskim niebezpieczeństwem. Nieporównywalnie więcej zdarza się wypadków samochodowych, oczywiście uwzględniając wszelkie proporcje, a jednak ludzie nie przestają jeździć. Zaś co do wypadków alpinistycznych, to sporo winy w negatywnym odbiorze tego sportu przez społeczeństwo, a przynajmniej przez jego część, mają pani koledzy, szczególnie ci z prasy codziennej. Wielkie tytuły na czołówkach gazet: "Znów śmierć w górach", "Kapliczka straceńców" czy też "Każdy alpinista to samobójca", podgrzewają atmosferę sensacji i tylko temu służą. W prasie polskiej wciąż za mało jest rzetelnej informacji o tym sporcie.

W pańskiej opinii przyszłością wyczynowego alpinizmu będzie rozwiązywanie problemów - wyprawy zimowe, nowe drogi, może wejścia beztlenowe w górach najwyższych - a nie zdobywanie szczytów w sposób naturalny, najbardziej bezpiecznymi drogami. Ale przecież dla tak zwanej szerokiej publiczności wejście na szczyt jest uzasadnieniem wdrapywania się na górę. Czy ta publiczność będzie się ekscytowała tym, że ktoś na bardzo trudnej wprawdzie górze, ale prawie nieznanej, pokonał południową ścianę nową drogą?
Zawsze wchodzi się na szczyt, niezależnie od tego, jaką drogę się wybiera. Im więcej wiedzy na jakiś temat, tym więcej zrozumienia. U nas znajomość technicznych problemów alpinizmu nie jest zbyt powszechna, jak choćby we Francji, gdzie alpinizm nazywany jest królewskim sportem.

Tylko że we Francji gór jest dużo więcej niż u nas.

Dodałbym jeszcze, że jest większa kultura obcowania z górami, szersze oczytanie w literaturze alpinistycznej.

Przeglądając biogramy polskich alpinistów, i to zarówno współczesnych, jak i tych działających przed drugą wojną światową, widzi się, że większość z nich to ludzie z wyższym wykształceniem. To nadaje pewien rys elitaryzmu temu sportowi.
Zjawisko, o którym pani wspomina, rzeczywiście jest dość charakterystyczne dla Polski. W innych krajach jest z tym różnie. Obok zawodowców, takich choćby jak Chris Bonington, teraz dodatkowo parający się literaturą górską, wspinają się też hydraulicy (jak Don Whillans, wybitny alpinista brytyjski), masarze czy stolarze. Chyba tylko u nas wśród alpinistów jest tylu inżynierów, magistrów i doktorów. Owszem, jest to sport elitarny, ale nie w tym potocznym rozumieniu. Żeby go uprawiać, trzeba zdobyć się na duży wysiłek fizyczny i intelektualny, widzieć wspinaczkę jako zespół problemów do rozwiązania. Zapisanie się do szkółki taternickiej i nauczenie się techniki wspinaczkowej nie czyni jeszcze z człowieka alpinisty. Do rozwoju alpinizmu jest też konieczna odpowiednia baza materialna. Jeśli ktoś musi walczyć o zapewnienie bytu swojej rodzinie, nie w głowie mu walka z naturą.

Wspomniał pan wcześniej, że wyprawy pozwalają na powrót do pierwotnej natury, do instynktownych zachowań. Ale przecież wyprawy, nawet te w góry najwyższe, coraz mniej mają w sobie zdobywczego, pionierskiego ducha.

Nawet najlepiej zorganizowana i zaopatrzona w różne luksusy wyprawa jest daleko mniej komfortowym przedsięwzięciem niż nasze codzienne, też w końcu nie najłatwiejsze życie. Wielką zaletą wypraw jest to, że po powrocie podwójnie możemy docenić uroki cywilizacji, na co dzień niedostrzegalne czy wręcz przeciwnie – irytujące.

Ilu z nas może brać udział w wyprawach alpinistycznych czy samotnie opływać świat, by później stwierdzać, że cała ta cywilizacja nie jest taka zła? Zmęczonych cywilizacją jest coraz więcej i nie zawsze wiemy, jak od niej uciec, choćby na krótko. Ma pan dla nas jakąś radę?
Każdy, kto wykaże zdecydowaną inicjatywę, może wyrwać się z kieratu codzienności, jestem o tym przekonany. Nie mam na co dzień Himalajów, ale narty, motorówka, narty wodne, rower - proszę bardzo! Byle tylko nie zasklepiać się w obowiązkach, powinnościach, zobowiązaniach. Jeśli w życiu pojawi się fascynacja czymś, staje się ono pełniejsze, bogatsze.

Nie żałuje pan, że nie stanął na szczycie Mount Everestu?
Pewnie, że żałuję! Jednak ważniejsze dla mnie jako kierownika wyprawy było takie pokierowanie akcją, by szczyt został zdobyty bez wypadku i w dobrym stylu, niż zaspokojenie własnych ambicji. Zimowe wejście i nowa droga - było to do zrobienia. I nie miało większego znaczenia, kto tego dokonał. Najważniejsze, że byli to Polacy.

Rozmawiając o codzienności, mówiliśmy o pewnej rutynie, o znudzeniu, choćby pracą zawodową. Pan jest geofizykiem, zdarzało się panu w ramach obc viązków służbowych jeździć na Spitsbergen czy do Wietnamu. Fascynacja górami wydawałaby się bardziej uzasadniona, gdyby na co dzień siedział pan przy biurku.
Między Spitsbergenem a Himalajami siedzę jednak przy biurku. Oczywiście, byłoby mi dużo trudniej, gdybym pracował w produkcji. Zarabiałbym z pewnością więcej, ale skończyłyby się dla mnie wyprawy.

Nie grzeszy pan pragmatycznym podejściem do życia.

Zastanawiałem się czasami, czy my, alpiniści, nie jesteśmy bardziej infantylni niż nasi rówieśnicy. Ich podejście do życia pełne jest pretensji, goryczy, mają często poczucie niespełnienia, a nic nie robią, by to zmienić. Zasiąść w fotelu, popić wódeczki i ponarzekać na życie - oto do czego głównie sprowadza się nasze życie towarzyskie. Zdarza się podczas takich spotkań, których zresztą staram się unikać, że padają pytania, w protekcjonalnym najczęściej tonie, o mój alpinizm. „Stary, co ty z tego masz?" -i spojrzenie pełne politowania. Odpowiadam wówczas, że za każdy bieżący metr podejścia płacą mi złoty pięćdziesiąt. Na tym pytania się kończą. Być może zaczynają gorączkowo przeliczać w myśli, ile też tych metrów bieżących zaliczyłem w czasie trzydziestu lat wspinania się.

Od redkacji: Rozmowa z Andrzejem Zawadą została przeprowadzona po zdobyciu przez Polaków Mount Everestu w roku 1980, po raz pierwszy w historii himalaizmu zimą i wiosną nową drogą. Znalazła się w książce Ewy Matuszewskiej "Lider. Górskim szlakiem Andrzeja Zawady", wydanej przez ISKRY juz po śmierci Andrzeja Zawady.

Przypomnamy tę rozmowę sprzed lat z trzech co najmniejtrzech  powodów. Po pierwsze - Wydawnictwo ANNAPURNA podpisało umowę z autorką na nowe, poszerzone i poprawione wydanie "Lidera" – ma ono ukazać się najóźniej wiosną 2013 roku. Po drugie – przy ul.Francuskirej w Warszawie, gdzie kiedyś mieszkali Anna Milewska i Andrzej Zawada (i gdzie był przeprowadzany wywiad), 18 września 2012 vzostała odsłonieta tablica pamiątkowa poświęcona zimowemu zdobyciu Mount Everestu. Po trzecie zaś – warto przypomnieć, kto był inicjatorem programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015.

(em)