PRZEGLĄD PRASY

Izabela Hajzer: chciałabym podejść pod górę...

 
 
 
 
 
Joanna Bąk
 
ONET, 15 kwietnia 2016
 
 
 
...i symbolicznie się z nim pożegnać.
 
– Po tragedii na Broad Peaku mąż był strzępem siebie. Gdy przed ostatnią wyprawą żegnaliśmy się na lotnisku w Krakowie, czułam się bardzo źle. Po raz pierwszy się popłakałam. Odwróciłam się, szłam i ryczałam – mówi w rozmowie z Onetem żona wybitnego himalaisty Artura Hajzera. O pasji silniejszej niż strach, zrozumieniu i miłości opowiada Izabela Hajzer.

Przeżyła Pani z himalaistą 15 lat. Czy mąż musiał kiedyś bać się o Panią?

Chyba nie. Miałam parę ryzykownych sytuacji w życiu, ale akurat nie było go wtedy ze mną. Jedną z groźniejszych był wypadek podczas wyjścia na Mount Blanc. Mogłam się wtedy zabić, ale po powrocie go zbagatelizowałam. Skończyło się na siniakach i obrażeniach skóry. Chyba nie chciałam go martwić.

Czy góry były Pani pasją wcześniej, czy zaszczepił ją w Pani mąż?

Zawsze chodziłam po górach jednak "tych mniejszych". Na studiach byłam na kursie wspinaczkowym i tam na spotkaniach KW pojawiał się też ten "mityczny" Artur Hajzer, który chodzi po górach, po Himalajach, wytycza nowe drogi, zdobywa ośmiotysięczniki z Jerzym Kukuczką. Jednak nigdy go wtedy nie spotkałam osobiście. Poznaliśmy się dopiero w pracy.

Jakim mężem jest himalaista?

Raczej trudnym. Ciągle go nie ma, a jak jest, to albo przeżywa wyprawę, z której wrócił, albo planuje kolejną. Opowiadał o nich niechętnie. Trzeba go było ciągnąć za język, chyba że przypomniała mu się jakaś śmieszna, czy pozytywna historia. Nawet o wypadkach opowiadał lakonicznie. Dla mnie i dla syna były przedstawiane jako sprawy błahe.

WIĘCEJ

(em)