KULTURALNIE

Salonowe życie z Giewontem w tle

 
 
 
 
 
Bogna Wernichowska
 
Salonowe życie  z Giewontem w tle
 
Bawialnia w Domu Pod Jedlami
 
Powstały niedługo pod odkryciu Zakopanego przez dra Chałubińskiego, kiedy nieliczni jeszcze goście z Krakowa, Warszawy czy Poznania spędzać zaczęli letnie miesiące pod reglami, wynajmując co większe domy.
 
W tamtej epoce na letnisko zabierało się rozmaite sprzęty i rzeczy, by wynajęte mieszkanie było jak najwygodniejsze i przytulne, w największym pomieszczeniu można było więc - po ustawieniu krzeseł i przykryciu stołu przywiezioną z domu haftowaną serwetą – przyjmować gości. W przywiezionych filiżankach parowała herbata – z samowara u przybyszów z Królestwa, nalewana z porcelanowego imbryka u Galicjan.

Na zawieszonych na ścianach sosnowych półkach stały ulubione książki, ramki z fotografiami bliskich osób, ściany zdobiły akwarele z widokami gór. Tapczan nakryty aksamitną narzutą udawał kozetkę, do wazonu wstawiano bukiety polnych kwiatów i już można było oczekiwać gości. Przychodzili chętnie, przyprowadzając z sobą innych znajomych – by słuchać czytanego na głos krakowskiego „Czasu” (od lat 80. XIX w. dziennik ten zamieszczał nawet raz w tygodniu felietony spod Tatr), warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego”, „Kłosów” albo lwowskiego „Wieku nowego”.

Dyskutowano na różne tematy, opowiadano sobie wrażenia z wycieczek w góry, spacerów do dolinek, czy wypraw na drugą stronę Tatr. Czasem, po kolacji zwieńczonej lampką węgierskiego wina, zachęcano panny i kawalerów, by popisali się deklamacją patriotycznych wierszy, albo zaśpiewali jakiś popularny w tamtej epoce utwór. Zawsze znalazł się ktoś, kto mógł akompaniować.

Pianino można było wypożyczyć co prawda w nieodległym Nowym Targu, ale transport był kosztowny, a właściciel składu z góry pobierał opłatę za strojenie po zwrocie. Na szczęście, na letnisko zabierało się bardziej poręczne instrumenty - gitary, popularne w tamtych czasach mandoliny albo skrzypce. Po solowych popisach śpiewano chórem. Starsi chętnie zasiadali do partii szachów, kart czy warcabów.

Tak opisywał zakopiańskie, wakacyjne rozrywki syn Władysława Ludwika Anczyca, krakowskiego literata i wydawcy. Liczna familia Anczyców – Władysław z żoną Teklą, sześciorgiem dzieci i służącą, co roku na początku lipca wyruszała pocztowym furgonem pod Tatry, skąd „osmaleni górskim wiatrem” wracali pod Wawel w ostatnim dniu sierpnia.

Jednakże, aby w Zakopanem powstał prawdziwy salon, gdzie goście bywali nie tylko w letnim sezonie, pod Tatrami osiedlić się musiała pewna wielce arystokratyczna, młoda dama – niedawno owdowiała matka trójki wątłych dzieci.

Hrabina Róża przyjmuje…

Przyjechała tu za radą doktora Tytusa Chałubińskiego, który zapewniał swych pacjentów, że nic tak nie leczy katarów, bronchitów, a nawet suchot , jak górskie powietrze. A Róża z Potockich Krasińska właśnie niedawno pochowała zmarłego na gruźlicę w wieku 27 lat, męża Władysława, syna trzeciego wieszcza Zygmunta i drżała o zdrowie trójki potomstwa. Kupiła więc w Zakopanem niewielki murowany dom, rozbudowała go, nazwała od imienia najstarszego syna Adama „Adasiówką”. Miała tu spędzić, razem z trójką dzieci 12 lat.

Mali Krasińscy uczyli się w domu, ich matka też zajmowała się swoją edukacją, czytając zamawiane w warszawskich księgarniach książki z dziedziny historii naturalnej, medycyny, geografii i wiedzy społecznej. Od wiosny do jesieni odwiedzali ją krewni i znajomi. Niekoniecznie tylko z jej sfery. Hrabina Róża wielce sobie ceniła ludzi nauki, jak również artystów i chętnie przyjmowała ich w „Adasiówce”. Znajdowała odpowiednie letnie mieszkania, a wieczorami i w deszczowe popołudnia spotykano się w „Adasiówce”, by rozmawiać. Róża lubiła dysjusje z interesującymi i mądrymi ludźmi, uważała też, że powinno brać w nich udział szersze grono.

Tak powstał pierwszy prawdziwy zakopiański salon. Był obszernym pokojem z dużym kominkiem, urządzony był w nieznanym wówczas stylu regionalnym, co niektórych gości wielce zdumiewało. Jedynym akcentem wykwintu był stojący w rogu fortepian. Róża sprowadziła go z Krakowa, aby jej rodzina i goście mogli cieszyć się grą bywających w Zakopanem znakomitych muzyków. Grał na nim, między innymi, zaproszony do „Adasiówki” młody Ignacy Paderewski.

Hrabina Krasińska miała wielce demokratyczne jak na swą epokę poglądy – z okolicznymi góralami łączyła rodzinę z „Adasiówki” przyjazna zażyłość. Krasińscy ubili góralski folklor, zachęcali też gości przybyłych z nizin, by zapoznali się z muzyką i tańcem miejscowych. Stąd w salonie „Adasiówki” grywały czasem góralskie kapele, a Sabała snuł swe gawędy przygrywając na gęślach. W letnie, niedzielne wieczory, w pobliżu domu rozpalano ognisko, młodzież góralska popisywała się żywiołowym tańcem, a widok ten wielce fascynował gości hrabiny Róży.

U Pawlikowskich „Pod Jedlami”

Pod koniec XIX wieku, kiedy Zakopane było już znanym w trzech zaborach miejscem zarówno letniego wypoczynku, jak i płucnych kuracji, na Kozińcu majętna rodzina Pawlikowskich, posiadaczy rozległych dóbr Medyka w Ziemi Przemyskiej, wybudowała wielki dom, określany przez niektórych pamiętnikarzy jako „dworzyszcze, piękne w czysto góralskim stylu”.

Dwór Pawlikowskich urządzony był z wielkim smakiem – liczne pokoje o belkowanych sufitach wypełniały drewniane, rzeźbione meble, ławy przykryte były ludowymi kilimkami albo owczymi skórami, a na ścianach wisiały półki pełne cynowych mis i dzbanów. Rodzina Pawlikowskich od pokoleń mecenasowała polskiej kulturze. Stary Jan Gwalbert Pawlikowski poświęcał się studiom nad Słowackim, był też założycielem słynnej Biblioteki Medyckiej – wspaniałego księgozbioru i wydawnictwa.

Jego brat Tadeusz był dyrektorem teatrów krakowskich. Synowie Jana Gwalberta – Michał i Jan Gwalbert Junior, przez małżeństwa weszli też w artystyczne familie: Michał ożenił się z Anielą Wolską, malarką i córką sławnej w tamtych czasach poetki Maryli Wolskiej, Jan Gwalbert Junior był pierwszym mężem poetki Marii z Kossaków, zwanej Lilką. Stał się też dla niej natchnieniem – to jemu poświęciła wiele pięknych miłosnych wierszy.

W Domu „Pod Jedlami” panowała atmosfera trochę baśniowa, wieczorami świece osadzone w żelaznych kandelabrach rzucały drżące cienie, nie rozświetlając ciemnych kątów, trzaskały drwa na kominku, drewniany dom pełen był trzasków i tajemniczych stukotów. Wieczorami schodzili się goście – przeważnie ze sfer artystycznych, podejmowani wiejskim chlebem, oscypkami i miodem, a latem jagodami, jako że oszczędni Pawlikowscy gustowali w „ludowych poczęstunkach” – jak złośliwie pisała w swej książce młodsza siostra Lilki, Magdalena Samozwaniec.

U Pawlikowskich bywali na dyskusjach o literaturze i sztuce uznani twórcy, ale i początkujący poeci czy aktorzy. Tym stary Jan Gwalbert zwykle pomagał: protegował u swego brata Tadeusza dyrektora krakowskich teatrów, wydawał w swej oficynie tomiki albo kiedy było trzeba, polecał życzliwości właścicielek pensjonatów, aby mogli spędzić niedrogo kilka tygodni pod Tatrami.
Atrakcją tych spotkań był też wokalny talent Niusi – jedynaczki Pawlikowskich. Ta urocza panna „o urodzie księżniczki z bajki” miała piękny głos i akompaniując sobie na gitarze śpiewała, zachwycając wszystkich, smętne ludowe piosenki i salonowe ballady. Później zwykle śpiewano wspólnie i wieczorem całe towarzystwo schodziło ze stoków Kozińca do Zakopanego, nieraz nadal śpiewając.

Gwiazda sceny w willi „Ornak”

W ostatnich latach przed pierwszą wojną światową w Zakopanem, nie tylko latem, spędzała długie miesiące najbardziej uwielbiana gwiazda sceny - Irena Solska. Smukła, rudowłosa o wyrazistych rysach, przyjeżdżała tu, aby towarzyszyć swej jedynaczce Hani, zagrożonej gruźlicą. Zatrzymywała się w willi „Ornak”, gdzie często odwiedzali ją zarówno wielbiciele talentu płci obojga, jak i ludzie z kręgu teatru, przebywający w Zakopanem.

Sławna aktorka była miłą i sympatyczną gospodynią spotkań przy angielskiej herbacie i domowych wypiekach, nie dawała się też długo prosić, kiedy po dyskusjach na temat przyszłości sztuki, towarzystwo zaczynało nalegać, aby zadeklamowała któryś z modnych wówczas poetyckich utworów czy fragment aktualnie granej przez siebie roli. Potem diva zachęcała kolegów po fachu do aktorskich popisów. Obecni na tych spotkaniach teatromani twierdzili później, że była to prawdziwa uczta dla ducha…

Irena Solska, hołdując modzie epoki urządzała też czasem w swym zakopiańskim domu seanse metafizyczne. Raczej nie były to posiedzenia przy okrągłym stoliku, kiedy za pomocą splecionego łańcucha rąk usiłowano nawiązać kontakt z zaświatami. Pani Irena była zainteresowana zagadnieniami bardziej intelektualnymi. Zapraszała grono miłośników hipnozy, wiedzy Wschodu, wędrówki dusz i zagadnień jasnowidzenia, a ktoś posiadający wiedzę i umiejętności wygłaszał odczyt. Opowieści o tych spotkaniach przetrwały na kartach wspomnień z tamtych lat.

We wrześniu 1913 roku Solska zaprosiła do „Ornaku” znanego w tamtych czasach okultystę, profesora Jana Czerbaka i cieszącą się sławą w kręgach ówczesnych elit jasnowidzącą Romanę, hrabinę Stecką, występującą pod pseudonimem Mirtha Noel. Po kolacji urządzono seans – zakończył się wielce osobliwie. Mirtha przepowiedziała Irenie kilka faktów z przyszłości, które potem miały się sprawdzić i - dostała ataku kataleptycznego.

Kiedy Irena wyszła z profesorem Czerbakiem z salonu, aby pokazać mu kolekcję górskich pejzaży, Mirtha nagle zniknęła. A później gwałtownie otworzyły się drzwi pustej szafy stojącej w rogu i wypadła zeń Mirtha „zwinięta w kłąb… zaczęła przemierzać pokój dziwacznymi skokami na głowie połączonej z nogami” – pisała później ze zgrozą Solska. Dopiero po dłuższej chwili profesor Czerbak uspokoił wijącą się w transie jasnowidzącą. Solska zawsze później twierdziła, że była to najbardziej przerażająca sytuacja w jej życiu.

U Karola w „Atmie”


W latach międzywojennych nastąpił zmierzch salonów. Oczywiście odwiedzano znajomych w pensjonatach i wynajmowanych na lato domach, ale na dyskusje i wspólne zabawy zbierano się przede wszystkim w modnych lokalach –u „Karpowicza”, u „Trzaski”, w „Morskim Oku”, w kawiarni w Parku Klimatycznym, nazywanej pospolicie „Małpim Gajem”. Tam można było zjawić się w bardziej swobodnym stroju i przebywać krócej lub dłużej – bez konieczności usprawiedliwiania się gospodarzom.

Spośród prywatnych miejsc spotkań w latach 30. wielu wspominało „Atmę” – skromną małą willę kompozytora Karola Szymanowskiego na Kasprusiach. Bywali tam ludzie z kręgów artystycznych z muzykami na czele, którzy ściągali do Zakopanego ze względu na mistrza Karola. W „Atmie” można było wysłuchać pierwszych wykonań kompozycji gospodarcza – sławny II Koncert Skrzypcowy zagrał znany skrzypek Paweł Kochański dla kilkunastu słuchaczy.

Szymanowski był uroczym gospodarzem – potrafił słuchać, a kiedy zabierał głos, mówił ciekawie. Jego służący Felek był znakomitym kucharzem. Dysputy i muzyka w „Atmie” przyciągały artystów i melomanów, kiedy do Zakopanego przyjeżdżała ukochana siostrzenica kompozytora Krystyna Grzybowska, zwana „Kicią”, w „Atmie” pojawiały się młode dziewczęta, na czele z Aliną Chwistkówną, córką profesora i malarza … Alina z Chwistków Dawidowiczowa już jako poważna pani profesor matematyki Uniwersytetu Jagiellońskiego opisała wizyty w „Atmie” na kartach wspomnieniowej książki „Zeschnięte liście i kwiat…”. A pamiętała te chwile w sposób szczególny, gdyż – jak wyznała – kompozytor był jej pierwszym nastoletnim zauroczeniem.

Po drugiej wojnie światowej pod Tatrami nadal przybysze z nizin zapełniali zakopiańskie lokale. Pensjonaty zmieniono wprawdzie w domy wczasowe, publiczność stała się bardziej demokratyczna, a co z tym idzie - mnie skłonna do dysput na tematy sztuki, wiedzy i filozofii. Kaowcy z FWP też chyba nie potrafili zastąpić gospodarzy opisywanych niegdyś w pamiętnikach miejsc spotkań artystycznej i intelektualnej elity. Jeśli gdzieś zbierała się jeszcze publiczność nastawiona na tego rodzaju wrażenia, to na urządzanych przez biblioteki bądź muzeum spotkaniach autorskich, odczytach czy wernisażach. Ale że czas biegnie naprzód i obyczaje zmieniają się wraz z nim, w 20 lat po roku 1989 zauważyć można pierwsze oznaki powrotu czegoś w rodzaju salonów.

Właściciele hoteli, gdzie znajdują się sale, które można wykorzystać jako miejsca bardziej kameralnych imprez niż dyskoteki, deklarują coraz częściej chęć urządzania u siebie spotkań, podczas których przy filiżance kawy czy herbaty można byłoby posłuchać dobrej muzyki na żywo, spotkać się ze znanym literatem, wykładowcą wyższej uczelni albo osobą znaną z areny politycznej. Wysłuchać i podyskutować w ładnym wnętrzu, wśród ludzi zainteresowanych tematem, wymienić poglądy, może nawet wdać się w polemikę, ale w eleganckim stylu, tak jak to miało miejsce na salonowym forum – w przeszłości.

(em)




 
 
Tytus Chałubiński z przewodnikami i przyjaciółmi. Siedzą od lewej: Józef Śliwa, Wojciech Roj, Maciej Sieczka. Stoją: Szymon Tatar starszy, Józef Sieczka i Jan Alfons Surzycki, ok. 1875 r., ze zbiorów Muzeum Tatrzańskiego
Jan Krzeptowski Sabała. Fot. Stanisław Bizań
Ignacy Jan Paderewski (1860-1941)
 
Dom pod Jedlami
Jan Gwalbert Pawlikowski (1860-1939)
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (1891-1945)
 
Wnętrze Domu pod Jedlami
Willa Ornak
 
Irena Solska
Portret Ireny Solskiej (Leon Wyczółkowski, 1890)
Willa Ornak dziś
 
Wnętrze willi Ornak - pokój werandowy
Willa Atma
Karol Szymanowski (1882-1937) w swojej Atmie
 
W Atmie z siostrą Stanisławą Korwin-Szymanowską (z lewej) i Zofią Nałkowską
Atma - Muzeum Karola Szymanowskiego. Fot. Paweł Piotrowski/Agencja Gazeta
Atma - Muzeum Karola Szymanowskiego. Fot. Paweł Piotrowski/Agencja Gazeta