KULTURALNIE

MIECZYSŁAW KARŁOWICZ romantycznego taternika szkiełko i oko

 
 
 
 
 
Wojciech Skarbek-Wojczyński
 
 MIECZYSŁAW KARŁOWICZ romantycznego taternika szkiełko i oko
 
Mieczysław Karłowicz na zboczu Gubałówki. Fot. Mariusz Zaruski (?)
 
Urodzony na Wileńszczyźnie, w zamożnej ziemiańskiej rodzinie, wychowując się w kręgach elit intelektualnych Heidelbergu, Pragi, a w końcu Warszawy, bardzo wcześnie zetknął się Mieczysław z artystycznymi, a zwłaszcza etnograficznymi entuzjastami Zakopanego i Tatr.
 
Poczynając od ojca, Jana Karłowicza, wybitnego lingwisty i etnologa, autora i wydawcy monumentalnych prac językoznawczych, wreszcie muzyka i muzykologa, poprzez matkę, Irenę z Sulistrowskich, osobę wielkiej kultury i bardzo silnej osobowości, a przy tym entuzjastkę turystyki, aż po stałych bywalców warszawskiego salonu Karłowiczów – m.in. kolekcjonerów góralszczyzny  Bronisława i Marię Dembowskich, twórcę stylu zakopiańskiego Stanisława Witkiewicza i badającego muzyczny folklor góralski Jana Kleczyńskiego.

Wprowadzany w świat najwyższych polskich gór przez światłych rodziców i elitę góralskich przewodników, w kolejnych sezonach wakacyjnych 1892, 1893 i 1894, zwiedził Karłowicz imponujące swym zasięgiem i różnorodnością  partie Tatr, kształtując zarazem bardzo osobistą metodologię poznawania coraz bliższych sercu gór. Nie był bowiem przyszły kompozytor jednym z wielu nie stroniących od wspinaczki turystów górskich – bywalców Zakopanego. Z właściwą sobie a odziedziczoną po rodzicach systematycznością i determinacją w dążeniu do celu, starał się nie tylko jak najrzetelniej zgłębić topografię Tatr, ale także być na bieżąco z najświeższymi wynikami badań nad geologią, florą i fauną tych gór oraz etnografią ludów zamieszkujących ich podnóża.

Już w wieku szesnastu lat zadebiutował jako publicysta, zamieszczając na łamach „Kuriera Zakopiańskiego” dwa artykuły na temat Kościelca, popularyzując opis drogi na  szczyt wraz z towarzyszącymi jej potencjalnymi trudnościami i dostępne zeń widoki (…) Warto zaznaczyć, iż tekst ten napisał Karłowicz do spółki z młodszym od siebie o dwa lata Januszem Chmielowskim, w przyszłości jednym z najwybitniejszych polskich wspinaczy,  autorem pierwszego rodzimego przewodnika taternickiego.

Okazał się przeto rok 1892 szczególnie istotnym dla przyszłego symfonika, poza bowiem debiutem publicystycznym miał miejsce – również na gruncie zakopiańskim – pierwszy publiczny występ Mieczysława jako skrzypka; przede wszystkim zaś letni sezon owego roku stał się początkiem sekwencji trzech lat jego wyjątkowej aktywności w górach. Był zatem – samotnie, z Chmielowskim lub góralskimi przewodnikami – na Bystrej, Kominiarskim Wierchu, Świnicy, Kozim Wierchu, na Granatach, Rysach, Kościelcu, Łomnicy, Wysokiej, Gierlachu i wielu mniej wybitnych szczytach.

Tym imponującym osiągnięciom młodego turysty-taternika zaczyna, po nieśmiałych próbach opisów drogi na Kościelec, towarzyszyć swoisty emocjonalny diariusz, w postaci coraz bardziej osobistych literackich relacji z odbywanych wycieczek po umiłowanych górach. Od tej pory, z krótszymi lub dłuższymi przerwami, będą one współbrzmieć z „biograficzną codziennością” Karłowicza aż do końca, stanowiąc rodzaj duchowego barometru i pozamuzycznej ekspresji…

W opublikowanym z rocznym opóźnieniem artykule "Wycieczka na Króla tatrzańskiego i na Szczyt Mięguszowiecki" z roku 1895, czytamy m.in.: Leżąc tutaj na wonnej łące, w cudowny dzień lipcowy, doznałem wrażenia tak obcego mieszkańcom równin: uczucia nieograniczonej wolności. Zapomniałem o drobiazgach życia codziennego, zapomniałem o drobnych nadziejach, marzeniach, zawodach. Tutaj wobec otaczających mię gór, czułem się tak małym, takim pyłkiem, że opanowała mię żądza dążenia do rzeczy wielkich i szlachetnych. W tej dziwnej ciszy czerpałem siły na przyszłe nieuniknione zapasy z losem i czułem, że każdy, kto by potrzebował spokoju i odpoczynku po pracy, tutaj wróciłby w jednej chwili do siebie.

Fragment ten jest niezwykle znamienny dla początków kształtowania się przypisywanej mu „osobistej” ideologii taternickiej Mieczysława Karłowicza, który już jako osiemnastolatek zdaje się z nadzieją powtarzać za Psalmistą: Podniosłem oczy moje na góry, skąd przyjdzie mi pomoc (Psalm 120). Romantyczna sakralizacja gór jako metafory wzniosłości, wolności i płynącej zeń siły, zrównoważona jest tutaj całkiem pozytywistycznym, wręcz „socyalnym” – zgodnie z duchem epoki – traktowaniem kojącego wpływu natury na stargane siły spracowanego przybysza z nizin.

Osiągnięcie najwyższego szczytu jest tu dla osiemnastoletniego estety, a zarazem doskonale sprawnego fizycznie taternika, tożsame z doznaniem całkowitej harmonii pomiędzy duchową i materialną stroną przeżywania natury. Entuzjazm, z jakim odnosi się do stricte topograficznych elementów panoramy wokół niego, jest wyrazem czystej radości z doznania i… poznania.   Dalsza eksploracja Tatr musi wszelako zostać odłożona na siedem długich lat, wypełnionych muzycznymi studiami w Berlinie, wyjazdami w Alpy i na Litwę. Do Zakopanego powraca w czerwcu 1902 roku, by spędzać tu kolejne letnie sezony, a w 1907 roku osiąść na stałe wraz z matką. Bardziej spełniony jako muzyk kompozytor niż taternik, wznawia Karłowicz z jeszcze większą systematycznością swą wspinaczkową aktywność, dokumentując ją coraz bardziej dojrzałymi opisami dróg, z coraz wyrazistszym przesłaniem.

W artykule z 1907 roku wyznaje: Los rzucał mną dużo po świecie: widziałem zastygłe w lodzie cielska olbrzymów alpejskich, podziwiałem ponurą dzikość Czarnogórza, wpatrywałem się w białą szatę majestatycznej Etny. Lecz żadne z tych gór nie były mi tym, czym Tatry. (…) I gdy znajdę się na stromym wierzchołku sam, mając jedynie lazurową kopułę nieba nad sobą, a naokoło zatopione w morzu równin zakrzepłe bałwany szczytów – wówczas zaczynam rozpływać się w otaczającym przestworzu, przestaję się czuć wyodrębnioną jednostką, owiewa mnie potężny, wiekuisty oddech wszechbytu. (…) Godziny, przeżyte w tej półświadomości, są jakby chwilowym powrotem do niebytu, dają one spokój wobec życia i śmierci, mówiąc o wiecznej pogodzie roztopienia się we wszechistnieniu.

To przesycone goryczą  podsumowanie życiowych i górskich zmagań uważane jest dość powszechnie za duchowe credo Karłowicza jako wyznawcy swej własnej ideologii taternickiej – teorii Wszechbytu. Niezależnie od nieuchronnych skojarzeń z ukończonymi przezeń rok wcześniej Odwiecznymi pieśniami op. 10 (Pieśń o wszechbycie), stanowi de facto zapisaną impresję, towarzyszącą autorowi w trakcie kontemplacji „pooranych” ścian Łomnicy, wkrótce po zdobyciu Pośredniej Grani, a przed atakiem na Staroleśną (!). Ten skądinąd przepiękny literacko fragment, w którym tak wyraźnie pobrzmiewa nuta zgorzknienia towarzysząca bilansowi zysków i strat steranego życiem i doświadczonego złym losem starego człowieka, doskonale współbrzmi z artystyczno-literackim duchem epoki. W przypadku – paradoksalnie tak młodego wiekiem -  autora Rapsodii litewskiej nie było to wszakże podyktowane modą, lecz bagażem tragicznych doświadczeń – śmiercią ojca i siostry, a także wieloletnim oddaleniem od tak głęboko uduchowionej tatrzańskiej małej ojczyzny. To w końcu optymistyczne, bo zwieńczone swoistą nirwaną,  wyznanie nie-z-własnej-winy syna marnotrawnego przed obliczem majestatu umiłowanych Gór…

(Fragmenty)

Źródło tekstu: Podkowiański Magazyn Kulturalny 2009 (jesień/zima), źródło zdjęcia: Tygodnik Powszechny, nr
2/2009