FELIETON

Zakopiańsko-tatrzański syndrom gór, które "były, są i będą"

 
 
 
 
 
Ewa Matuszewska
 
Zakopiańsko-tatrzański syndrom gór, które "były, są i będą"
 
Fot. Mirosław Antos
 
Wspominam niekiedy czasy odległe wprawdzie, ale mocno usadowione w sercu i pamięci. Zwłaszcza, gdy kolejna, zaplanowana na wiele dni przedtem wycieczka tatrzańska kończyła się na niczym. Bo pogoda nieodpowiednia, bo coś trzeba zrobić w domu albo w ogrodzie, bo zaspałam (do później nocy oglądając jakiś dobry program na TVP Kultura), bo pójdę jutro, a może pojutrze.
 
Przecież Tatry nie uciekną, patrzę na nie codziennie, mam je niemal pod nosem...Dawniej było inaczej, całkiem inaczej. Gdy spędzałam na Wojdyłówce w Kościelisku każde wakacje i przerwy semestralne, a potem w Zakopanem urlopy pięknie zwane "pracowniczymi", każda godzina, każda niemal minuta poza Tatrami była czasem straconym.

Warunki atmosferyczne nie miały żadnego znaczenia, siódma rano to był już najwyższy czas, by wyruszyć, a wracało się późnym wieczorem, jakoś nie obawiając się niedźwiedzi, których z pewnością nie było mniej niż teraz. Tyle że były chyba bardziej nieśmiałe, jeszcze nie obezane z delikatesami, znajdującymi się na wysypiskach odpadów (niesegregowanych) w pobliżu ludzkich siedzib.

Kiedy szesnaście lat temu zamieszkaliśmy w Zakopanem, kilka pierwszych lat zachłystywaliśmy się nieograniczonymi możliwościami wędrowania po Tatrach i Podhalu. Z biegiem czasu tego czasu było coraz mniej, zwłaszcza gdy z wolnego strzelca dziennikarskiego zmieniłam się w etatowego pracownika samorządowego. Do tego przybywało nam członków rodziny (ludzkich i zwierzęcych), których nie można było pozostawiać na wiele godzin samopas.

Trzeba mi było dwóch letnich miesięcy ubiegłego roku, spędzonych na leczeniu w Krakowie, bym zrozumiała – góry były, są i będą, ale mnie może nie być. Pierwsza tatrzańska wycieczka po Krakowie to najpierw kaplica św. Rity w Kościelisku, a potem Dolina Lejowa i Ścieżka nad Reglami do Doliny Kościeliskiej. Powrót w Tatry był zarazem poworotem do życia.

Minął ponad rok od tamtej wrześniowej niedzieli. Częściej już bywałam w Tatrach, ale wciąż miałam niedosyt. Praca przeplatana zwolnieniami lekarskimi, nowe pomysły na własną firmę i ciągła świadomość, że jestem na tymczasowej, być może, przepustce z Tamtej Strony, nie sprzyjały beztroskiemu powrotowi na tatrzańskie szlaki. Dopiero październik okazał się przełomem. A to za sprawą przyjaciól.

Poczatek października i z Krakowa przyjeżdża na trzy dni Mirek. Mamy popracować nad naszą firmą i portalem, pracujemy na szlakach: Dolina Strążysk, Hala Kondratowa, Mała Łąka, Przysłop Miętusi, Dolina Kościeliska i oscyki w bacówce. Dla Mirka odkrywanie Tatr to jednocześnie zmiana trybu życia, poświęcenie czasu nie tylko pracy, ale i sobie. Podczas tych wędrówek wpadamy na parę dobrych pomysłów, których realizacja pomoże nam rozwinąć firmę i portal.

Potem Reneta z Radomia (dawniej z Sofii): Jaworzynka, kolejką (bez kolejki!) na Kasprowy Wierch, z Kasprowego do Przełęczy pod Kopą Kondracką, z przełęczy na Halę Kondratową. To moja pierwsza tak długa trasa po Krakowie. Zejście z przełęczy nieźle dało mi się we znaki, jednak nie padłam. Może to śmieszne osiagnięcie dla kogoś innego, ale dla mnie teraz porównywalne z Mount Everestem Wandy. Nota bene – granią od Kasprowego Wierchu szłyśmy 16 października, w 36. rocznicę wejścia Wandy na Mount Everest.

Na zakładkę z Renetą przyjechała Kasia. Jeśli ktoś chce mieć w górach towarzystwo osoby odpornej na wszelkie plagi pogodowe, nieodmienne zachwyconej każdym zakątkiem Tatr i skłonnej wyruszać na szlak bladym świtem – to polecam Kasię. Gdy wjechałyśmy na Kasprowy, wiatr rozpędził chmury i całe otoczenie Kasprowego, po polskiej i słowackiej stronie, stało się doskonale widoczne.

Tym razem obrałyśmy kurs na Liliowe i zejście na Halę Gąsienicową. Kasia marzyła o Zielonym Stawie Gąsienicowym i innych stawkach Pojezierza Gąsienicowej (pewnie odezwały się jej pasje żeglarskie). Czas nas jednak gonił, wiec tylko rzut oka ze ścieżki na Zielony Staw i zejście do Murowańca. Powrót do Zakopanego nastapił na zasadzie "wstąpił do piekieł, po drodze mu było" – Suchą Wodą do Brzezin, byle tylko jeszcze dłużej pobyć w górach.

Ostatnia październikowa wycieczka – z Majką, znów Hala Gąsienicowa, ale ambitnie (jak na mnie) w jedną i drugą stronę przez Boczań. Majka mieszka najbliżej mnie, u podnóża Antałówki, z widokiem na Koziniec, więc pewnie dlatego najtrudniej nam umówić się na wspólny wypad w góry. Majka jest zagorzała zwolenniczką trekkingów himalajskich i przemierzania zimą Tatr na fokach, na górskim rowerze robi tury, na przykład, do Łysej Polany, więc kondycyjnie nie mam z nią szans.

Mimo to, przy tak zwanej lampie (takie słońce pod koniec października to prawdziwy cud przyrody!), szłyśmy równym tempem, docierając do Murowańca z zapasem czasu i sił. Jednak plan wejścia na Kasprowy i zjazd ostatnią kolejką do Kuźnic – next time. Do Kuźnic dotarłyśmy "na nogach" już o zmierzchu...

I tak zakończyło się moje październikowe z przyjaciółmi po Tatrach wędrowanie. Ktoś kiedyś powiedział, że przyjaciele to anioły, którym jeszcze skrzydła nie wyrosły. Mirku, Reneto, Kasiu i Majko – nie czujecie aby swędzenia między łopatkami?

Fot. Ewa Matuszewska

(em)

 
 
Mirek na Przysłopie Miętusim
Reneta na szlaku z Kasprowego Wierchu na Przełęcz pod Kopą Kondracką
Kasia w drodze na Przełęcz Liliowe
 
Majka z Koszystą w tle