FELIETON

Wspomnienia z dzieciństwa, czyli o “dobrej” zmianie na “nasze”

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Wspomnienia z dzieciństwa, czyli o “dobrej” zmianie na “nasze”
 
Fot. Maciej Koperski
 
Pamiętam to dobrze z dziecięcych lat. Z podwórka i ze szkoły. To miało przekonać dorosłych o słuszności naszych (czyli dzieci) postępowań. “To on zaczął pierwszy”– mówiło się. Albo: “Zrobiłem to, bo inni też tak robią”. Ale kto by pomyślał, że dożyjemy czasów, kiedy takie stawianie sprawy stanie się oficjalną argumentacją dla działań najważniejszych ludzi w Państwie? Dożyliśmy.
 
Bo przecież ciągle to słyszymy, to oburzenie zarówno niektórych polityków, jak i komentatorów, którzy mówią: „Czemu się dziwicie, przecież to tylko reakcja na to, co było wcześniej. Przecież to oni zaczęli psuć Trybunał Konstytucyjny, to oni najpierw przejęli telewizję, to oni wcześniej to, oni wcześniej tamto… Więc dzisiejsze reakcje na poczynania władzy, te całe marsze i protesty to hipokryzja" - twierdzą.

No dobrze, przyjmijmy na chwilę, że tak jest. Tylko czy aby nie stało się tak, że w odpowiedzi na rzekomą hipokryzję poprzedników otrzymujemy od obecnie rządzących cynizm w najczystszej postaci? I czy jest cokolwiek, co ten cynizm usprawiedliwia? Nawet przewinienia poprzednich rządów?

Przykład? Proszę bardzo: Nie będzie konkursów na wysokie stanowiska urzędnicze, bo podobno do tej pory były ustawiane. Więc zamiast poprawić i przeprowadzać w końcu uczciwe konkursy, likwiduje się je, żeby otwarcie wybierać swoich, ba, jeszcze wmawia się nam niemalże z dumą, że na tym polega prawdziwa uczciwość.

Podobnie sprawa ma się z mediami. Skoro telewizja publiczna nie była obiektywna, więc może zamiast czynić ją bezwzględnie „naszą” i mianować na prezesa własnego polityka o tak wyrazistych poglądach (to taki eufemizm), trzeba było znaleźć w miarę neutralnego fachowca, który uczyni z niej wyważone politycznie i otwarte medium?  Ale wiemy już, że oczekiwanie takich działań to śmieszna naiwność i wcale nie o to chodzi.

A ja może i bym się tą rozbrajającą szczerością rządzących wzruszył, gdyby mnie tak nie przerażała. Bo oto okazuje się, że „dobra zmiana” to zmiana na „nasze”, a właściwie na „naszych”, zaś cynizm, który służy do uzasadnienia tych zmian, urasta do miary cnoty i staje się racją stanu. To zaś oznacza, że żyjemy w kraju dziwnym i nieobliczalnym, chyba że obliczalność ma polegać na wyraźnym podziale na „naszych” i „nie-naszych”. A to przecież też cynizm.

To, że tak się dzieje, oburza mnie bardzo, ale jeszcze bardziej dotyka mnie oczekiwanie, że się tym jako obywatel zachwycę, że ukłonię się oto przed Panią Premier, Panem Prezydentem i Panem Prezesem z szacunkiem i powiem:" No, to teraz rozumiem, teraz sprawa jest jasna! Dziękuję za uczciwe postawienie sprawy. Tamci to niby tak robili, że dla wszystkich, a dawali tylko swoim, a wy od razu mówicie uczciwie, że wszystko dla „naszych”. Brawo!". 

Nic z tego. Braw nie będzie. O ile sobie przypominam, nigdy nie zdarzyło mi się, by któreś z moich rodziców albo któryś z nauczycieli mieli zrozumienie dla argumentu: "To on zaczął pierwszy". Zwykle słyszałem: "To nie ma znaczenia, co on zrobił. Patrz na siebie". I często dodawali: "To nieładnie się mścić".

(em)