FELIETON

Resortowy wnuczek dziadka z Wehrmachtu

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Resortowy wnuczek dziadka z Wehrmachtu
 
Fot. Maciej Koperski
 
Jeśli chodzi o rodziców mam jasność i nie obawiam się, że mogę jakimś cudem podpaść pod określenie “resortowe dziecko”. Tata był nauczycielem w budowlance, mama pracowała w fabryce tekstyliów, więc co najwyżej wyjdzie z tego skrzyżowanie resortu edukacji z resortem przemysłu lekkiego i coś mi mówi, że to resorty na razie bezpieczne.
 
Ponieważ ojciec mój pochodzi ze wsi, a matka była zwykłą robotnicą, czuję się raczej owocem sojuszu robotniczo-chłopskiego i sam nie wiem, jak się to ma do zapatrywań obecnie rządzących, czy to dobrze, czy źle, bo brzmi jakby z przed-poprzedniej epoki i nie wiem, gdzie to mnie teraz ustawia: po stronie gdzie stało ZOMO, czy po tej drugiej. Nie wiem także (na razie), pod jaki sort przez to podpadam, bo kryteria są niejasne, ale myślę, że to się zmieni i którejś nocy je uchwalą i wtedy się w końcu dowiem.

Spokój mój zmącił dużo bardziej minister nauki i szkolnictwa wyższego, czyli ten sam, który był już ministrem sprawiedliwości, prawie ministrem obrony narodowej i jest znanym specjalistą od stawiania społeczeństwu bardzo wysoko poprzeczki, szczególnie jeśli chodzi o wszelkie postawy moralne . Swoją wypowiedzią o „resortowych wnukach” zbił mnie całkiem z pantałyku, bo tak daleko w rozważaniach o moim pochodzeniu nie sięgałem.Więc po tym, jak najpierw spadłem z krzesła, kiedy ten bonmot usłyszałem i jak się w końcu podniosłem potłuczony i wstrząśnięty, zacząłem intensywnie zastanawiać się, czy jednak w końcu mnie nie dopadli, czy moi dziadkowie czegoś nie przeskrobali i jakiejś hańby w genach mi nie zostawili.

Babcie moje z listy podejrzanych skreśliłem od razu, bo dobrze pamietam, że obie były po prostu skromnymi poczciwymi kobietami, które większość życia wypruwając sobie żyły, by rodzina miała co do garnka włożyć. Dziadek ze strony ojca też raczej odpadał, bo wiem na pewno, że dopóki mu sił starczyło, harował na roli i nie miał głowy do politycznych spisków.

Czerwona lampka włączyła się za to przy drugim dziadku, postaci zbyt barwnej i tajemniczej, bym mógł spać spokojnie. Legenda rodzinna głosi, że za młodu był działaczem PPS-u. I tu jestem w kropce, bo znowu nie wiem, czy to dobrze, czy źle, bo to niby Piłsudski też tam należał, ale potem już nie. Poza tym dziadek był w czasie wojny gdzieś na jakichś robotach, chyba pod Poznaniem i dziś nikt nie może mi dokładnie opowiedzieć, jak to z nim naprawdę było.

Przypomniałem sobie za to, jak opowiadał do znudzenia swoje historie, w tym taką o spotkaniu w pociągu z oficerem z Wehrmachtu. A to już przecież zupełna katastrofa, bo jeśli wyjdzie na jaw, że dziadek zamiast walczyć w ruchu oporu gaworzył sobie z żołnierzami wroga, jeszcze, jak się sam przechwalał, w ich ojczystym języku, jestem skończony. Zresztą dowody na genetyczne skrzywienie są oczywiste, pół wieku temu zostałem przecież germanistą i co innego mogło mnie do tego popchnąć, jeśli nie przewiny mojego dziadka zapisane w moim DNA.

Tak to dzięki ministrowi Gowinowi odkryłem wreszcie, dlaczego nie jestem w stanie, ot tak, łyknąć tego wszystkiego, co się teraz dzieje i uwierzcie albo nie - odetchnąłem z ulgą. Po prostu we mnie siedzi ten okropny gen zdrady i chocbym nie wiem co robił, nic tego nie zmieni. Więc po co starać?

(em)