FELIETON

O Świętach Wielkiej Nocy i mojej Matce Nadziei

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
O Świętach Wielkiej Nocy i mojej Matce Nadziei
 
Szymon Czechowicz: "Zmartwychwstanie", 1758, Muzeum Narodowe, Kraków
 
Kurcze (wielkanocne)! Wielkanoc to przecież święta nadziei. Na zmartwychwstanie, na nowe życie, na wiosnę i w końcu na trochę więcej słońca. Ale w tym roku jakoś kiepsko i ze słońcem, i z nadziejami. Czy to jednak te święta za szybko przyszły, czy to już taka aura pod psem (za przeproszeniem psów), nie bardzo dobrze to wszystko wygląda.
 
Zimno ciągle i straszno wokół, więc optymizm, nawet wspierany hasłem „damy radę”, jakoś się w narodzie plenić nie chce. Skłóceni jesteśmy jak Soplice z Horeszkami, Paweł z Gawłem albo po prostu jak pies z kotem. Mało tego, dzięki obecnie rządzącym łuski spadły nam z oczu i zobaczyliśmy w końcu, że Święta Rzeczypospolita otoczona jest przez samych wrogów, którzy na jej cześć i dobra czyhają.

Stąd wielka nieufność wkradła się w dusze Polaków. To znaczy, jeszcze większa niż zwykle. Dobrze przynajmniej, że to nie te święta z dodatkowym talerzem przy stole, bo strach byłoby w wigilię drzwi otworzyć. Jeszcze by jakiś obcy przyszedł i usiąść chciał…

Ale jest jakaś nadzieja. Bo na całe szczęście wkrótce przyjedzie papież Franciszek, więc pojawia się okazja, żeby wrócić do naszych najlepszych tradycjii i na czas wyczekiwania wizyty Wielkiego Argentyńczyka kłótnie nasze pod dywan zamieść. On się na polskich porządkach nie zna, więc jest jakaś szansa, że przez te kilka dni się nie zorientuje.

A jak już sobie pojedzie, to się moratorium na polskie piekiełko odwiesi i wypoczęci znowu ruszymy do boju. W każdym razie „Sami-Wiecie-Kto” wezwał oficjalnie do zawieszenia broni na ten czas. No cóż, każda chwila spokoju dobra, żeby się tylko jakoś doczołgać do końca kadencji prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Ale to już będą całkiem inne święta…

Jeśli chodzi o moment wytchnienia od naszych domowych niesnasek, to osobiście większe nadzieje pokładam w Mistrzowstwach Europy w Piłce Nożnej. Z Niemcami zagramy na pewno, z Rosją może, jest też jakaś szansa, że nie natrafimy ani na Węgry, ani na Anglię. I to akurat dobrze, bo po co psuć sobie stosunki z nowymi sojusznikami. Żeby nam tylko jakieś walkowery po głowie z tych zażyłości nie chodziły…

A ja się też nie poddaję i mam swoje nadzieje. Całe mnóstwo. Proste. Językowe. Na przykład na to, że pewne słowa, mniej lub bardziej ważne, odzyskają wkrótce swe pierwotne, wyświechtane znaczenia: że „plemię” będzie się nam znowu kojarzyć z Indianami, „wspólnota” z amiszami, „dobra zmiana” ze sztafetą 4 razy 400 m, „KOD” z pocztą, a niewinne przekleństwo „dupa” z pewną mało chlubną częścią ciała. Czego i Wam serdecznie życzę. No i słońca oczywiście.

(em)