FELIETON

"Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma..."

 
 
 
 
 
Ewa Matuszewska
 
"Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma..."
 
Fot. Mirosław Antos
 
Ostatnie wydarzenia okołowyborcze coraz mocniej utwierdzają mnie w przekonaniu, że autor przysłowia, zacytowanego w tytulu felietonu, miał niebywałe zdolności profetyczne.Nie wiem, kto tu jest Tatarzynem, a kto Kozakiem, ale wygląda na to, że dwie największe, wiecznie skłócone ze sobą partie, z racji wadliwego systemu elektronicznego, bezradności wobec tego faktu PKW i wściekłości części elektoratu, skierowanej przeciw całej klasie politycznej, popadły w schizofreniczny pat.
 
Bo czy biały człowiek może zrozumieć taki fenomen politczny? PIS wygrał, ale nie będzie rządził, za to przegrana PO nie straciła władzy. Jak to się przełoży na codzienne bytowanie Polaków, trudno przewidzieć. Jedno jest pewne – jest i śmiesznie, i strasznie, jak nigdy dotąd. Zanim rozpoczął się wyborczy, chocholi taniec, nastapiła madrycka uwertura. I znów fenomen, tym razem lokomocyjno-lokacyjny.

Nie chcę już wnikać w szczegóły, którymi żywiły się media od rana do wieczora, jednak jest coś, co najbardziej mnie wkurza – głupota tych, pożal się Boże, polityków. Przekonanych, że wszystko im wolno, że wszystko im się należy. No i nieco się przeliczyli, choć znając przydatność AH dla JK, nie byłabym taka pewna, że wkrótce skruszona trójka nie wróci na partyjne, wybaczające łono.

Obiecywałam sobie, że już nigdy nie napiszę tekstu komentujacego bieżące wydarzenia polityczne, zwłaszcza w naszym portalu, od polityki trzymającym się z daleka. Długi czas udawało się, ale tym razem już nie wytrzymuję. Często słyszę takie zdanie: Mnie polityka nie interesuje, żyję swoimi sprawami, mam swoje życie. Dobrze byłoby, gdyby dało się tak przejść przez życie. Ale nawet jeśli Ciebie nie obchodzi polityka, Ty ją obchodzisz. A dokładniej - obchodzisz polityków, którzy bez Ciebie, drogocenny wyborco, skazani byliby na niebyt.

Będą się do Ciebie łasić, przymilać, obiecywać, mamić, wręcz ślinić – byle tylko zdobyć mandat radnego, wojta, burmistrza, prezydenta, posła, senatora (niepotrzebne skreślić). A kiedy już znajdą się tam, gdzie zmierzali bez skrupułów i zahamowań, zapomną o Tobie i obietnicach Ci składanych.

Byłabym nieuczciwa twierdząc, że ten mechanizm funkcjonuje w przypadku wszystkich polityków czy samorządowców (prawdę powiedziawszy, coraz mniej widzę różnic między tymi "demokratycznie wybranymi przedstawicielami narodu"). Ale statystyczna średnia nie pozostawia złudzeń – jest żle i będziejeszcze gorzej.

Te gorzkie refleksje są, być może, zbyt emocjonalne i jednostronne. Ale nie tylko mnie nasuwają się one w kontekście ostatnich tygodni. Rozmawiam ze znajomymi o różnych poglądach i na ogół zgadzają się ze mną. Ludzie mają dość polityki i polityków, nie ufają już właściwie nikomu. I to jest według mnie najgorsze, co mogło się przydarzyć Polakom.

Jesteśmy podzieleni, nawet za komuny nie było tak silnych i bolesnych podziałów. Rozstają się przyjaciele, przy rodzinnym stole dochodzi do awantur i wzajemnych oskarzeń o to, że jeśli nie popieramy partii X, to nie jesteśmy prawdziwymi Polakami i patriotami. Jak żyć w takim kraju? Jak żyć w takim mieście? Czy znów trzeba wybrać wewnętrzną emigrację? Mam już w tym wprawę, więc pozwólcie, Drodzy Czytelnicy, że od teraz ani słowa o polityce. Nawet jeśli 1 grudnia obudzę się... Właśnie, w jakim Zakopanem się obudzę?

PS. Felieton zdołałam napisać dopiero we wtorek, a nie planowo w niedzielę, bo sorry, taki mamy ostatnio klimat polityczny, że trudno było się pozbierać. 

(em)